fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Festiwal Biegowy

Iwona Niedźwiedź: Niech nie dopadnie nas pustka

Iwona Niedźwiedź
materiały prasowe
Iwona Niedźwiedź, była reprezentantka Polski w piłce ręcznej, obecnie komentatorka telewizyjna, o życiu po sporcie i utrzymywaniu się w formie.

Na Forum Sport – Zdrowie – Pieniądze opowiadała pani o życiu sportowca po karierze. Jak utrzymać kondycję fizyczną po zakończeniu gry?

Nie chcę, żeby to zabrzmiało narcystycznie, ale bardzo siebie lubię, dlatego dbam o to, co jem, i zazwyczaj jem zdrowo. Staram się minimalizować cukier, nie lubię fast foodów, choć zdarzają się dni, kiedy mam ochotę napić się coca-coli i wtedy to robię. Od kiedy przestałam trenować, ważę 73 kg, zmieniła mi się sylwetka, wyglądam szczuplej niż podczas kariery, ale waga ani drgnie. W dalszym ciągu uprawiam sport, bo z piłki ręcznej halowej przeniosłam się na plażową. Oczywiście nie wymaga to ode mnie tak wielkiego reżimu treningowego, ale na ile to możliwe, staram się być w ruchu. Powoli przyzwyczajam się do myśli, że plażówka też się skończy. Pogodzenie się z tym to ciężka sprawa, jeden z etapów rozstawania się ze sportem.

Dieta była dla pani zawsze ważna?

Nie. Był taki czas, kiedy zupełnie nie przykładałam do tego wagi. Ale w końcu przychodzi moment, w którym zaczynamy być coraz bardziej świadomi, ile w sporcie znaczy dobre odżywianie, suplementacja, sen, odpoczynek. Na początku kariery grasz w sobotę mecz, w poniedziałek przychodzisz na trening i czujesz się świetnie. Niestety, ten stan nie trwa wiecznie. Przychodzi czas, kiedy trzeba przyjść do hali wcześniej po to, żeby przygotować się do treningu, bo bez tego ani rusz. U mnie ten moment pojawił się, gdy skończyłam 32 lata. Mówiąc brutalnie, poczułam się sportowo „stara". Siłą rzeczy zaczęłam dbać o każdy aspekt, który mógł wpłynąć na utrzymanie dobrej formy. Szybko przekonałam się, jak ogromny wpływ na samopoczucie ma dieta i odpowiednia suplementacja. Odnowa biologiczna była stałym punktem tygodnia. Pojawiły się rollery, które świetnie rozluźniają powięzi. Mam wrażenie, że to wszystko pozwoliło mi grać dobrze w piłkę ręczną na najwyższym poziomie do 38. roku życia. Zaryzykuję tezę, że mogłabym grać i do czterdziestki, ale moja kariera potoczyła się inaczej, niż planowałam.

Przejście na sportową emeryturę było ciężkie dla psychiki?

Mam to za sobą, otarłam się o depresję. Dzisiaj mówię o tym bez wstydu. Tę odwagę zawdzięczam terapii, jak również innym sportowcom, którzy coraz częściej mówią o emocjach, jakie nam towarzyszą po zakończeniu kariery. Dla mnie praca, która wykonywałam przez 25 lat, była pasją i czymś, co kocham nad życie, to naturalne, że ciężko się było z tym rozstać. Sport jest pod tym względem brutalny, są pewne uwarunkowania organizmu, limit wiekowy i przychodzi taki moment, w którym sportowiec zaczyna mentalnie rozstawać się ze sportem, przygotowywać na koniec kariery. U mnie było to dodatkowo skomplikowane. Klub z Lublina jednostronnie wypowiedział mi umowę i wystosował do mediów oświadczenie, w którym napisał, że powodem rozstania ze mną było niewywiązywanie się z obowiązków zawodnika względem klubu. Nie zrobili mi dobrej reklamy i mój telefon nie dzwonił codziennie z propozycją nowego kontraktu. To był dla mnie bardzo trudny czas. Nie wiem, jak bym sobie z tą sytuacją poradziła, gdyby nie propozycja współpracy przy piłce ręcznej w Canal+. I choć udało mi się płynnie przejść ze sportu do pracy, to codzienność zweryfikowała, z czym trzeba się zmierzyć na tym nowym, innym etapie życia.

Nagle nie wiadomo, co robić, kiedy się rano wstanie?

Nie tyle chodzi o organizację dnia, ile o to, że zaczyna dopadać cię straszna pustka. Brakuje wszystkiego, od adrenaliny, którą dostarcza sport, po atmosferę w szatni. Jeśli jest dobra, to twój zespół stanowi jakąś formę rodziny, wspólnoty i nagle to wszystko znika bardzo brutalnie. W marcu tego roku prezes Ruchu Chorzów, prywatnie mój dobry znajomy, Klaudiusz Sevković namówił mnie na powrót do piłki ręcznej halowej. Podjęłam rekawicę i zagrałam kilka meczów w superlidze, ale jak to mówią „To se ne vrati", bo mam już 40 lat, więc szukam sportowych satysfakcji na innych obszarach. Wspólnie z reprezentantką Polski Patrycją Kulwińską założyłyśmy w Trójmieście Uniwersytet Sportu Zręczne Asy, gdzie chcemy szkolić najmłodszych adeptów piłki ręcznej, którzy, mamy nadzieję, kiedyś nas zastąpią. Myślę, że to trochę substytut gry, a praca z dziećmi da mi dużo satysfakcji. Przygoda z Ruchem była rozpaczliwą próbą powrotu do sportu i udowodnieniem sobie, że wiek nie będzie mi dyktował, co mam robić. Ale organizmu się nie oszuka. Nie będę już grała na poziomie, który by mnie satysfakcjonował. Nieważne, jak bardzo serce by chciało, organizm już nie może. Wewnętrznie żegnam się ze sportem.

Zrobiło się smutno...

Trochę tak... To są trudne tematy. Jestem w stanie zrozumieć sportowców, którzy mają podobne kłopoty. Nikt, kto nie grał, nie zrozumie uczucia, gdy przyjeżdżam do hali na transmisje meczów, dotykam piłki wymazanej klejem i wyrywa mi się serce. Mam ochotę się przebrać, zacząć rozgrzewać. Zdaję sobie sprawę, że to był najpiękniejszy okres mojego życia i jest mi przykro, że się zakończył. Nic w tym momencie nie daje mi takiej energii, spełnienia, szczęścia, jak czas, kiedy grałam w piłkę ręczną. I tyle. Trzeba się przystosować.

Opowiadanie o piłce ręcznej łagodzi tę tęsknotę czy może raczej powoduje, że ciągle sobie pani przypomina tamte chwile szczęścia?

Trochę tak jest, bo nawet teraz łamie mi się głos. Jednak warto to ludziom uświadamiać, bo takich osób jak ja jest dużo więcej. Każdy inny zawód można wykonywać do późnej starości, jeśli czujesz, że to twoja pasja i jesteś w dobrej formie fizycznej i psychicznej. U sportowców jest pewien limit, a to tak, jakby komuś zabrać ulubioną zabawkę i kazać się przy tym uśmiechać.

Wiek to nie tylko liczba?

Niedawno obchodziłam 40. urodziny. Z pewnością był to jeden z najdziwniejszych dni w moim życiu. Nie miałam ochoty hucznie świętować czterdziestki, więc było spokojnie. Kilkanaście dni później czytałam wywiad z muzykiem Pablopavo. Też niedawno obchodził 40. urodziny i powiedział, że w tym dniu czuł się głupio. I to było idealne określenie mojego stanu ducha tamtego dnia. Nie da się wyprzeć poczucia przemijającego czasu. Można się czuć młodo i ja się tak czuję, ale jednocześnie dopadła mnie świadomość zaawansowanego wieku, bo 40 lat to całkiem sporo. Wypadałoby już coś sobą reprezentować. Nie da się wyprzeć, że już połowa życia za mną, więc warto sobie odpowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi?

Co zrobić, żeby to życie mijało w dobrej formie?

Ja mam taki patent, że robię to, na co mam w danej chwili ochotę. Wszystko musi być w zgodzie ze sobą. I otaczam się dobrymi ludźmi. Chociaż na początku naszej rozmowy poruszyliśmy smutne wątki, to jest też we mnie mnóstwo pozytywnej energii, którą czerpię z pracy. Potrafię docenić wszystko, co się wydarzyło i w gruncie rzeczy czuję, że jestem szczęściarą, przecież płynnie przeszłam z parkietu do redakcji. W gruncie rzeczy spełniłam swoje marzenia, bo marzyłam o pracy w mediach po zakończeniu kariery. Cieszę się, że miałam okazję pracować w Canal+, poznać zawód, fantastycznych ludzi, którzy mnie dużo nauczyli. Dla mnie, osoby, która powoli uczy się dziennikarstwa, przygoda z Superligą jest wspaniałym wydarzeniem. Od października zaczynamy z Patrycją Kulwińską akademię w Gdańsku. Czuje, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Jest łatwiej czy trudniej, niż sobie pani wyobrażała?

Myślę, że łatwiej. Sport mnie na to przygotował. Podobnie jak na boisku nie wszyscy byli fanami mojego stylu gry i nie musieli nimi być. Oswoiłam się z krytyką, bo każdy ma prawo do swojego zdania. Dzisiaj też nie każdy ma obowiązek zachwycać się stylem mojego komentowania. Staram się swoją pracę wykonywać najlepiej, jak potrafię, i to jest dla mnie istotne.

Coś panią zaskoczyło po drugiej stronie kamery?

Nie cierpię pisać tekstów do newsów. W ciągu 20 sekund mam zawrzeć cały mecz. Na początku było to dla mnie zadanie z gatunku niemożliwych. Pamiętam dyżury, na których płakałam i jedną relację, trzy zdania, potrafiłam pisać przez dwie godziny, ale z czasem było coraz lepiej.

Nowe życie to jedno, a czy ciało długo się przyzwyczaja do wyjścia z reżimu?

W moim przypadku nie. Psychicznie nie byłam nastawiona, że kończę karierę. To stało się nagle. Będąc na urlopie, dowiedziałam się, że zakończono ze mną współpracę. Był to dla mnie ogromny szok i stres. W jednej chwili musiałam sobie na nowo zorganizować życie, które ktoś wywrócił do góry nogami, i dbanie o formę było ostatnią rzeczą, o jakiej myślałam. Osiem miesięcy później odezwał się do mnie trener Marek Karpiński i zapytał, czy nie chciałabym spróbować swoich sił w piłce ręcznej plażowej. Postanowiłam spróbować i wróciłam do treningu. I choć nie było łatwo, to możliwość gry z orzełkiem na piersi mobilizowała maksymalnie. Dzisiaj mam na koncie dwa medale MP w plażówce i bardzo się cieszę, że mogę być częścią reprezentacji Polski w tej odmianie piłki ręcznej.

Sport okazał się brutalny?

Bardzo. Nigdy nie przypuszczałam, że w ten sposób zakończę swoją przygodę z profesjonalnym sportem. Nawet dzisiaj czuję niesmak. Tak sobie myślę, że sześć lat grania w Skandynawii trochę mnie rozpieściło. Przywykłam do wysokich standardów, których na co dzień nie spotykamy w polskiej Superlidze. To wszystko mocno zniechęciło mnie do kontynuowania kariery i nawet nie szukałam okazji, by to robić.

Jak wyglądały te wysokie standardy?

Przede wszystkim ogromny szacunek do człowieka i jego praw. W Skandynawii działają związki zawodowe, dzięki którym sportowiec może się czuć bezpiecznie. Sportowca – nawet z zagranicy – nie traktuje się jak towaru. Na pierwszym miejscu jest człowiek, który po zakończeniu kariery ma normalnie żyć, mieć siłę grać ze swoim dzieckiem w piłkę, brać udział w takich biegach jak ten w Krynicy. Śmiem twierdzić, że grałam do 38. roku życia właśnie dlatego, że na sześć lat wyjechałam do Danii. W Polsce bardzo mocno szafuje się zdrowiem sportowca. Kilka miesięcy temu byłam świadkiem, jak zawodniczka z zerwanym bądź naderwanym mięśniem dwugłowym kontynuowała mecz Superligi. Patrzyłam na to z przerażeniem, bo na ławce siedział fizjoterapeuta i nie reagował. W Skandynawii wszyscy mają świadomość, że jeśli coś kogoś boli, nie bierze się to znikąd. Pierwsze rozwiązanie to odpoczynek, drugie – diagnostyka. Zazwyczaj te drobne przeciążenia – w sporcie normalne – mijały po dwóch–trzech dniach i trenowało się ponownie. W Skandynawii nikt nie zmuszał mnie, żebym grała na środkach przeciwbólowych, bo jest to bardzo niebezpieczne. W Polsce dzieje się to nagminnie. Po powrocie do kraju byłam zszokowana, jak wiele moich koleżanek gra na tabletkach. To smutne.

I dalekie od profesjonalizmu...

Dania to kraj, w którym komfort życia jest bardzo ważny. Jeśli ktoś decyduje się tam na sport, wynika to głównie z pasji. Taki zawodnik, przychodząc na trening, wymaga od innych koncentracji, profesjonalizmu, dobrze wykonanej pracy. Coś, z czym zetknęłam się na samym początku, a nie doświadczyłam tego w polskiej lidze, to indywidualne wymagania koleżanek wobec mnie. W Skandynawii trener schodzi trochę na drugi plan, ogranicza się do zadań taktycznych. Nie ma potrzeby motywować zawodnika, bo każdy wychodzi odpowiednio zmobilizowany. Byłam zakochana w tym stylu pracy, być może dlatego tak dobrze się tam odnalazłam. Dziwnie i źle się czułam, kiedy koleżanka, grająca obok, zaczęła informować mnie, że moje podanie jest nie do końca dobre, chce, żeby było dokładniejsze i mocniejsze, bo chciałaby zdobyć po nim bramkę. Trochę zajęło mi zrozumienie, że w gruncie rzeczy ona chce dobrze i dla mnie, i dla drużyny, ale na początku odbierałam te uwagi personalnie. W Danii każdy trening jest jak mecz. W Polsce wszyscy myślą, że można trenować na pół gwizdka przez pięć dni w tygodniu, a potem wyjść na mecz i zagrać na 100 procent. To tak nie działa. Po to jest trening, żeby wypracować pewne mechanizmy.

Marcin Gortat powiedział nam kiedyś, że jest w takim reżimie treningowym, iż do końca życia będzie musiał dbać o swoją formę, żeby nie popaść w chorobę.

Koleżanka, która robi doktorat, powiedziała mi, że dla mojego zdrowia jest bardzo ważne, by utrzymać ten rytm treningowy. Przez kilkanaście lat mój organizm był w takim trybie i drastyczna zmiana stylu życia nie będzie dla mnie dobra i mogą pojawić się problemy ze zdrowiem. W pracy jestem profesjonalistką, ale w życiu lubię robić to, na co mam ochotę. Jeśli siłownia była ostatnim miejscem, do którego chciałam iść, to ją odpuszczałam i szłam na jogę. Dzisiaj nie narzekam na zdrowie. Dzięki plażówce staram się utrzymywać jakąś namiastkę ruchu. Ale to nie jest na pewno tak rygorystyczny trening jak w przypadku hali.

To porozmawiajmy jeszcze o piłce reprezentacyjnej. Na trenera Polek wybrano Norwega, decyzję ogłoszono w mediach, po czym okazało się, że na objęcie stanowiska selekcjonera może nie pozwolić mu jego klub. Jak to możliwe, że dochodzi do takiej sytuacji?

Nie jestem w stanie zrozumieć, co tam się dokładnie wydarzyło, jeśli chodzi o upublicznienie informacji o nowym selekcjonerze i bałagan, jaki powstał później. Na szczęście całą sytuację udało się wyprostować i Norweg Arne Senstad przejmie naszą reprezentację. Nigdy nie miałam okazji z nim pracować, ale moje koleżanki wypowiadają się o nim wyłącznie pozytywnie. Jeśli wprowadzi takie standardy jak Kim Rasmussen, myślę, że będą efekty. To powinien być czas kobiecej piłki ręcznej. U chłopaków szukamy godnych następców, u dziewczyn – wręcz przeciwnie, bo obecny skład wydaje się lepszy od naszego sprzed kilku lat. Wiele dziewczyn gra świetnie w zagranicznych klubach, jest na czym budować drużynę. Szkoda tylko, że ostatnie trzy lata zostały zmarnowane. Nie było żadnego pomysłu na grę, było za to dużo inwencji twórczej poszczególnych zawodniczek. Poprzedni szkoleniowiec Leszek Krowicki wywołał dyskusję, mówiąc, że mamy zawodniczki takie, jakie mamy. Poniekąd się z nim zgodzę. Nie dysponujemy 16 zawodniczkami europejskiego formatu. Nie dysponowaliśmy też za czasów Rasmussena. Ale sport zespołowy ma to do siebie, że jeśli jedna pracuje na drugą, to z 16 średnich zawodniczek można stworzyć porządną drużynę. Rasmussenowi się to udało, Krowicki – choć miał do dyspozycji lepszą ekipę – temu zadaniu nie podołał.

Mamy prawo oczekiwać, że za chwilę wrócą takie wyniki jak za czasów Rasmussena?

Uważam, że ten zespół ma ogromny potencjał. Jeśli wszystkie klocki zostaną poukładane, powinno być bardzo dobrze.

W męskiej kadrze po zagranicznej myśli trenerskiej przyszedł czas na polską.

W Patryku Romblu pokładam duże nadzieje. Tak pracowitego trenera w Polsce nie było. Pytanie, jak szybko uda mu się wprowadzić styl, w jakim chciałby, aby ta reprezentacja grała. I najważniejsze – czy ten styl jest odpowiednio dobrany do zawodników, jakimi dysponujemy.

—rozmawiali Łukasz Majchrzyk, Tomasz Wacławek

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA