fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Kowal: Białoruś. Cnota i kopiejki

Fotorzepa/Jerzy Dudek
Pomysł na znalezienie porozumienia z prezydentem Aleksandrem Łukaszenką nie został wymyślony przez PiS. Jako szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego wprowadził go Marek Siwiec w ramach tzw. słowiańskiej czwórki. Kanał BBN był aktywny na tym polu także w czasach, gdy BBN szefowali Jerzy Bahr i Władysław Stasiak. Sprawy prowadzono w dyskrecji, więc oprócz tajnych dokumentów wiele szczegółów, niestety, obaj oni zabrali do grobu.

Pomysły działania na kierunku białoruskim via polski BBN były dyskretnie wspierane przez kolejne administracje prezydentów Ukrainy. Potem kwestię białoruską próbował w polskiej polityce wschodniej ożywić minister Radosław Sikorski. W tym wypadku pomysł polegał na jej brukselizacji – stąd wspólna wyprawa na Białoruś z ministrem spraw zagranicznych Niemiec Guido Westerwellem. Białoruskie okno możliwości otworzyło się dopiero, kiedy się okazało, że polityka UE wobec Mińska poniosła całkowitą klęskę, a prezydent Białorusi wystraszył się, że mu Moskwa „zrobi jakiś Krym". Trudno się było dziwić dawniej, że nakłuwamy i próbujemy różnych sposobów porozumienia, tym bardziej dziwaczne byłoby, gdyby minister Witold Waszczykowski nie korzystał z dzisiejszych możliwości.

Jeśli jednak prawdą jest, że Biełsat zlikwidowano pod naciskiem strony białoruskiej, to nie wróży to dobrze sprawie. Można było pójść na ustępstwa w wielu sprawach lub najlepiej negocjować na zasadzie dołożenia jakiegoś elementu, ale nie oddawać tej, bo dotyczy ona samego sensu polskiej marki na świecie: solidarności, praw człowieka itd. Takie okazanie słabości partnerowi może się szybko zemścić.

Kierunek białoruski ma sens, ale trzeba twardo stąpać po ziemi: sama Białoruś nie wystarczy za całą politykę wschodnią Polski.

I kwestia najważniejsza: nie bądźmy dziećmi. Negocjując w Mińsku, nie wiemy do końca, kto i w jakim miejscu pociąga za sznureczki. Gdy Aleksander Łukaszenko dojdzie do granicy koncesji na porozumienie z Zachodem, jaką dostał ze Wschodu, lub gdy zwyczajnie zechce być niezależny od Kremla, może się okazać, że mija odwilż polsko-białoruska lub mija epoka Baćki, którego zmiecie, powiedzmy, kolorowa rewolucja „demokratów" za ruble, a my zostaniemy bez Biełsatu, jak już kiedyś zostaliśmy bez polskich domów na Białorusi.

Trudno bowiem jakoś uwierzyć, że dzisiejsza Rosja tak po prostu pozwoli się Mińskowi przesiąść na geopolitycznej ławeczce na Zachód. To nie taka prosta operacja. Jeśli się nie powiedzie, polska cnota będzie stracona, a kopiejki nie zarobimy.

Autor jest historykiem i publicystą. Był posłem i europosłem, a w latach 2006–2007 wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA