fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Planować, żeby nie zaplanować, uchylać, żeby nie uchylić

Fotorzepa/ Sławomir Mielnik
Na plany zagospodarowania z kas samorządów płyną grube pieniądze. Dokumenty powstają, są poprawiane, unieważniane, powstają od nowa... Interes się kręci.

I znów mamy w Warszawie awanturę o plan zagospodarowania przestrzennego. Tym razem poszło o rejon Jeziorka Czerniakowskiego. Plan dla 89 hektarów pomiędzy Trasą Siekierkowską a rezerwatem przyrody powstawał kilka lat.

Tempo naprawdę ekspresowe. Taki na przykład plac Defilad, czyli ścisłe centrum stolicy, był przez dziesięciolecia planami obejmowany albo planów pozbawiany. Do międzynarodowych konkursów na zagospodarowanie tej reprezentacyjnej części miasta zgłaszały się setki architektów. Kolejne wizje, koncepcje, projekty, wywiady, prezentacje, laury. A jak plac wokół Pałacu Kultury i Nauki wygląda, każdy widzi.

Pytanie, ile pieniędzy z kasy samorządu popłynęło przez te wszystkie lata na plany i projekty, które wylądowały w szufladzie? Ile budynków można by za to wybudować?

Dziesięć lat zajmowała się Warszawa planem zagospodarowania Sadyby-Północ. Kiedy wreszcie udało się dokument wyłożyć do wglądu, okazało się, że trzeba go poprawiać. Mieszkańcy wytknęli planistom wiele błędów.

Teraz z falą krytyki przyszło się zmierzyć radnym, którzy na początku lipca uchwalili plan, który w rejonie Jeziorka Czerniakowskiego dopuszcza domy, bloki, biurowce. – To jeden wielki skandal – bulwersuje się nasz czytelnik, mieszkaniec Mokotowa. – Plan pisano pod dyktando deweloperów. To nie jest miejsce na taką zabudowę! Wielkie osiedle przy jeziorze? Kto to wymyślił?

Radni zapewniają, że wiele terenów w tym rejonie pozostanie nienaruszonych. Plan zachowuje powierzchnię biologicznie czynną. Otulina jeziorka będzie więc chroniona.

Plan trafił do wojewody. Ten umył ręce. Decyzji radnych nie unieważnił, ale, mówiąc o konflikcie interesów – teren jest rezerwatem przyrody, ale też miejscem inwestycji – skierował sprawę do wojewódzkiego sądu administracyjnego.

Dobre plany zagospodarowania są miastom pilnie potrzebne. Chronią je przed chaotyczną zabudową na podstawie warunków zabudowy (tzw. wuzetki). Osławione są już inwestycje powstające bez planów, jak wysokie bloki wielorodzinne przyklejane do wolnostojacych domów, bo urzędnikowi wydającemu wuzetkę majaczył w oddali strzelisty obiekt. Wystarczyło się powołać na zasadę dobrego sąsiedztwa. Nie o takie zagospodarowanie chyba nam chodzi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA