fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Zrzędzenie malkontentów

ROL
Przyjęcie założeń przyszłorocznego budżetu jest zawsze pierwszym krokiem w konstrukcji planu finansowego państwa. Rząd właśnie ten krok wykonał. I jest to krok w nieznane.

Gdyby oceniać przyszłość polskich finansów tylko na podstawie nieodległej przeszłości, nie byłoby powodów do zmartwień. Dzięki wyższemu od oczekiwań wzrostowi gospodarczemu oraz niekwestionowanemu sukcesowi rządu w zakresie zwiększania wpływów podatkowych w 2018 r. udało się silnie ograniczyć deficyt budżetowy, a całe finanse publiczne (z uwzględnieniem samorządów i ZUS) doprowadzić niemal do stanu równowagi. Deficyt sektora publicznego wyniósł tylko 0,4 proc. PKB – i jest to najlepszy wynik w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Natomiast dług publiczny Polski spadł poniżej progu 50 proc., co jest z najlepszym rezultatem od dekady.

A jednak malkontenci nie milkną i nie chcą uwierzyć, że nie ma już żadnych powodów do zmartwień. I że „wystarczy nie kraść, a w budżecie znajdują się pieniądze na wszystko". Takiego czarnowidztwa oczywiście nic nie usprawiedliwia. Ale spróbujmy litościwie przyjrzeć się nędznym argumentom niedowiarków. Co im się znów nie podoba?

Po pierwsze, obecny dobry stan budżetu został osiągnięty w warunkach znakomitej koniunktury. W ciągu ostatnich czterech lat rządzącym sprzyjało szczęście: w całej Unii utrzymywał się najwyższy od lat wzrost gospodarczy, co napędzało nasz eksport. Nasz rynek wewnętrzny napędzało spadające bezrobocie i przyspieszający wzrost płac (wsparty wzrostem wydatków socjalnych). Jednak wszystko ma swoje granice. Koniunktura w Europie wyraźnie się psuje, szansom na utrzymanie wysokiego tempa wzrostu w Polsce zagraża żałośnie niski poziom inwestycji odnotowywany w ciągu ostatnich lat (najniższy od ćwierćwiecza).

Po drugie, wygląda na to, że wyczerpują się powoli stosunkowo łatwo dostępne możliwości wzrostu wpływów podatkowych. Zachęcony dotychczasowymi sukcesami rząd deklaruje nadal, że nowe plany wydatkowe da się zrealizować dzięki dalszemu wzrostowi ściągalności VAT. Tyle że w pierwszych miesiącach tego roku wpływy z tytułu VAT już wcale szybko nie rosną – odwrotnie, spadają w stosunku do roku ubiegłego.

Po trzecie, okres dobrej koniunktury w znacznej mierze przejedliśmy. Finanse państwa udało się w końcu niemal zrównoważyć, ale wygląda na to, że stało się to w samym końcu okresu szybkiego wzrostu. A tymczasem w okresie tym nasz dług publiczny stale się zwiększał. Wprawdzie udało się w obniżyć relację długu do PKB, ale w stosunku do roku 2014 spadek wyniósł tylko 1,5 proc. PKB. Tymczasem Czesi i Słoweńcy wykorzystali dobrą koniunkturę do obniżenia długu o 10 proc. PKB, Węgrzy i Litwini o 6 proc., Słowacy, Rumuni i Bułgarzy o ponad 4 proc. Wszyscy dookoła szykowali się na trudniejsze czasy. Tylko nie my.

No i po czwarte – i najbardziej przerażające – właśnie wtedy, kiedy trudniejsze czasy nadchodzą, u nas zaczęła się orgia wzrostu wydatków. Bo jestem przekonany, że na „piątce Kaczyńskiego", która jednym ruchem podniosła nasz deficyt z okolic zera na granicę złamania ustalonego w Maastricht limitu 3 proc. PKB, wcale się nie skończy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA