fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Prawo do błędu

pexels.com
Ta sama wiadomość może być równocześnie dobra i zła. Udowodnili to ostatnio urzędnicy resortu przedsiębiorczości.

Ministerstwo przygotowało pakiet nowych zmian deregulacyjnych. Wprowadza on m.in. instytucję „prawa do błędu". To przepis chroniący początkującego przedsiębiorcę przed karą za naruszenie prawa, jeśli wynikało ono z braku wiedzy, doświadczenia itd.

Wiadomość ta jest niewątpliwie dobra. Prowadzenie biznesu w Polsce, w gąszczu sprzecznych przepisów, urzędników podejmujących decyzje wg swojego widzimisię, jest trudne nawet dla doświadczonych zawodowców. A co dopiero dla świeżo upieczonego mikroprzedsiębiorcy! Ma on tysiąc problemów na głowie, poznaje mnóstwo nowych zasad i reguł. Łatwo o zwykłą ludzką pomyłkę. Kara za nią może zdusić biznes już w zarodku. Zniweczyć szanse na rozwój firmy, która w przyszłości mogłaby dać miejsca pracy oraz płacić spore podatki.

Właśnie tacy przedsiębiorcy będą przez rok od startu chronieni przed ewentualną karą. Młody startupowiec zamiast zostać rozdziobany przez fiskusowe sępy np. za jakiś błąd w podatkach, dostanie czas na jego naprawę. Nie grzywnę, najazd hord kontrolerów itd., itp., tylko wskazówkę i czas na jej zrealizowanie. Przedsiębiorca nie będzie mógł jednak popełnić tego błędu ponownie.

Wprowadzenie „prawa do błędu" jest więc ważniejsze dla polskiej gospodarki niż wszystkie socjalne obietnice. Pomoże pełniej wykorzystać potencjał polskiej przedsiębiorczości. A tylko ona jest w stanie zapewnić dobrobyt nad Wisłą.

Dobrze, że nie wszystkich w naszym kraju ogarnęła przedwyborcza gorączka klecenia kolejnych programów typu Rozdawnictwo+. Instytucje pracujące nad wprowadzaniem elementów konstytucji biznesu działają w cieniu, ale jak widać – działają.

Przepis „prawa do błędu" to jednak też wiadomość zła. Uświadamia, jak trudno firmom działać w Polsce. Jak wrogo do przedsiębiorców są nastawieni urzędnicy, traktujący petentów jak zwierzynę łowną. Dla nich sukces liczy się wymierzonymi karami. Powodem do dumy są też oprawione w ramki decyzje o zlicytowaniu majątku rozłożonych na łopatki firm. Dopiero specjalne prawo musi zmusić ich do działań przynoszących korzyści całej gospodarce. Widać więc, jak konieczna jest zmiana mentalności polskich urzędników.

Czy możliwe jest inne podejście? Przykładem może tu być historia Polaków w Norwegii. Zamarzyli oni sobie mianowicie przerobić opuszczoną przetwórnię ryb na turystyczną atrakcję. Pracowali ciężko, własnoręcznie, wykorzystując polską kreatywność i zaradność. Złamali przy tym jednak mnóstwo przepisów. Kary za to byłyby niebotyczne. Co jednak zrobiły miejscowe urzędy? Zamiast rozszarpać przybyszów na strzępy, uznano, że Polacy robią w tym odludnym zakątku, na skraju Arktyki, o wiele więcej dobrego niż złego. Więc trzeba im pomóc, a nie karać. I firma działa już od kilku lat, dostała nawet dotację za innowacyjność.

Do takich standardów powinniśmy dążyć. „Prawo do błędu" to pierwszy, dobry krok. Nie ma się jednak co oszukiwać. To tylko kaganiec założony głodny wilkom. Drapieżne urzędy jak były, tak będą czyhać na każde potknięcie przedsiębiorcy. A z takim balastem nigdy nie zbliżymy się do Norwegii, nawet tej arktycznej, ani o krok.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA