Felietony

Smarzowski. Wielki sprzedawca emocji

YouTube/Kino Świat
Można zostać w domu. Można nie być milionowym widzem filmu „Kler” Wojciecha Smarzowskiego i po prostu opuścić jedną z jego produkcji, można jego film zobaczyć za jakiś czas, jest wybór.

Można było też bez emocji recenzować „Wołyń”, zamiast zachwycać się także tym, co w tamtym filmie było kiepskie. Już tamten film można było odczytać jako głęboką satyrę na polską prowincję okresu międzywojennego.

Czytaj także:

"Kler": Smarzowski kontra Kościół

"Kler": Smoleńsk dla antyklerykałów

Nie trzeba od razu uważać reżysera za nowego Wyspiańskiego czy Wajdę i wychwalać go jako tego, który opowiedział nam, Polakom, kim jesteśmy, albo ogłosić go diabłem wcielonym. Tyle że jeszcze rok, dwa lata temu, jeśli ktoś chciał pochwalić film Smarzowskiego, nie wystarczyło powiedzieć, jak dobry jest „Wołyń”, ale trzeba było dodatkowo zapisać się do wirtualnego fanklubu reżysera. W akcji promocyjnej brały udział liczne środowiska prawicy, a nawet jeden znany duchowny, bo jego hobby jest podkręcanie relacji polsko-ukraińskich.

Prawdziwie zdolny sprzedawca opyli wszystko: fabrykę i emocje. Smarzowski jest jak najlepszy sprzedawca emocji społecznych: buduje zapotrzebowanie, wskakuje na falę, komentuje, a potem wchodzi z ofertą. Tym razem skorzystał z miru, jakim go obdarzono przy okazji „Wołynia”.

Czy naprawdę dzisiejsi krytycy nowej pracy Smarzowskiego nie widzą, że tak jak przesadzali rok temu z wynoszeniem pod niebiosa „Wołynia”, tak teraz za bardzo atakują „Kler” i razem to kiepsko wygląda? Inteligencji Smarzowskiemu odmówić nie sposób. Najbardziej chciałbym go chyba zobaczyć, jak turla się ze śmiechu, widząc swych wczorajszych wyznawców jako dzisiejszych nienawistników.

Dla niego film jest też okazją do pokazania własnych poglądów. Dawno żaden twórca – jakby mu było mało obrazu, który widziało już ponad milion osób – nie udzielał się z tak publicystycznymi komentarzami, w których jeszcze chce coś dopowiedzieć.

Społeczeństwo ludzi powściągliwych byłoby nudne. Konieczne emocje wokół filmów powstają dzięki rozgorączkowanym głowom biegnącym do kina na pierwszy pokaz. Tym razem jednak na wagę złota są ci, co to nie deklarują już w drodze z kina, że nowy film Smarzowskiego wszystko im o życiu powiedział. Szczególnie że nie wiadomo, czym największy publicysta wśród reżyserów i reżyser wśród publicystów zaskoczy przy okazji kolejnego filmu. Tylko spokój nas uratuje.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL