fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro U-21

Karol Linetty: Efekt mozzarelli

Karol Linetty: Kiedy zaczynasz traktować futbol jako zawód, a nie jako coś, co kochasz, mnóstwo tracisz.
PAP, Darek Delmanowicz
O młodzieżowych mistrzostwach Europy i grze w Sampdorii Genua z Karolem Linettym rozmawiał Piotr Żelazny.

Rzeczpospolita: Walczymy o złoto. Innego wyjścia nie ma – tak mówił pan we wrześniu. Ale od tamtej pory sporo się zmieniło, w młodzieżowych mistrzostwach Europy nie będzie Piotra Zielińskiego, nie będzie Arkadiusza Milika...

Karol Linetty: Nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o cele. Gramy u siebie, słyszałem, że na mecze nie ma już biletów. Na zgrupowanie dołączyłem dopiero po meczu z Rumunią, będę się musiał szybko wkomponować, ale nie będzie z tym problemu. Znam styl trenera Marcina Dorny, pracowałem z nim kilka lat w juniorskich reprezentacjach.

Od pańskiego ostatniego meczu w młodzieżówce minęły jednak już ponad trzy lata.

Ale się stary zrobiłem... Najważniejsze, że piłkarzy, z którymi grałem wtedy w młodzieżówce, dziś spotykam na zgrupowaniach seniorów. Wciąż mam jednak kolegów w drużynie Dorny, z którymi grałem w Lechu i juniorskich kadrach. Tomka Kędziorę, Janka Bednarka, Igora Łasickiego, Mariusza Stępińskiego, Bartka Kapustkę.

Zagrał pan w pierwszej reprezentacji w pięciu z sześciu ostatnich meczów o punkty. Co pana kręci w młodzieżowych ME?

Na młodzieżowym Euro możesz wystąpić raz, potem jesteś za stary. To może być świetna przygoda. Pięć lat temu z reprezentacją do lat 17, prowadzoną przez trenera Dornę, byliśmy w czołowej czwórce ME w Słowenii. Półfinał z Niemcami przegraliśmy 0:1, a ja w ostatniej minucie trafiłem z rzutu wolnego w poprzeczkę. To mógł być strzał życia... Czasami wracam myślami do tego turnieju.

Czuje się pan dłużnikiem trenera Dorny?

Napędzają mnie marzenia. Kiedyś przeczytałem, że Gianluigi Buffon najbardziej żałuje tego, że nie wygrał Euro do lat 21 (w 1996 r., gdy Włosi zdobyli złoto, był rezerwowym bramkarzem – przyp. red.). Chcę zdobywać medale, podnosić puchary. Gramy w Polsce, która pierwszy raz organizuje ten turniej. Duża sprawa. Do innego trenera też bym przyjechał, choć powtarzam, że Dornę cenię. Niedawno odwiedził Genuę, pytał, czy chciałbym zagrać w turnieju. Zgodziłem się bez namysłu. Dużo razem przeżyliśmy i mam nadzieję, że jeszcze przeżyjemy.

Sampdoria nie protestowała?

Nie, wysyła do Polski jeszcze trzech zawodników. Słowaka Milana Skriniara, Czecha Patrika Schicka i Bruno Fernandesa. Tylko Portugalczyk nie grał jeszcze w seniorskiej reprezentacji. Wiosną cała trójka grała też regularnie w Sampdorii. Rozmawiałem z Milanem, bo Polska na otwarcie zmierzy się ze Słowacją, wracającą na tę imprezę po 17 latach. Mówił, że też chce przeżyć ten turniej, zdobyć nowe doświadczenie.

Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika nie będzie. Oficjalnie dlatego, że nie zgodziło się Napoli. Jak pan ocenia to zamieszanie?

Powinienem odpowiedzieć: „pomidor". Będzie ich brakować, ale skoro klub się nie zgodził, nic nie można zrobić.

Od pana kibice będą wymagali więcej, gra pan w Serie A.

Nie myślę o tym. Chcę pomóc, sprawić frajdę kibicom i sobie. Szanujemy się, wiemy, że mamy duże umiejętności. Koledzy regularnie grają w ekstraklasie, niektórzy za granicą. Wierzę, że stworzymy dobrą drużynę. Nie jestem typem, który krzyczy. Wolę podpowiadać, sugerować. Najważniejsze, żeby na boisku była dobra komunikacja i współpraca. Przed wyjściem na boisko dużo rozmawiam z kolegami, obok których gram. W Sampdorii ta metoda się sprawdzała, dzięki temu zespół funkcjonował lepiej. W juniorskich kadrach starałem się przemawiać umiejętnościami. A jeśli przyjdzie trudny moment, spróbuję pociągnąć ten wózek.

Od początku kariery miał pan problemy z urazami, a w tym sezonie zagrał pan 38 meczów. W Sampdorii więcej mieli tylko Fabio Quagliarella i Matias Silvestre.

To efekt mozzarelli. A poważnie: we Włoszech bardzo pomaga jedzenie – zdrowe, lekkostrawne. Weźmy nawet tę mozzarellę. W Polsce nie jadłem jej nigdy, tam smakuje zupełnie inaczej. Wspaniale. Dbam o dietę i dbam o siebie, ale tam generalnie trudno jeść źle. No i pogoda. Cały czas ciepło, mięśnie są dogrzane. W Genui mieszka dużo starszych ludzi. Można mieć wrażenie, że żyje się tam wiecznie.

Od września, gdy ostatnio rozmawialiśmy, nabrał pan masy i mięśni.

Sam to niedawno poczułem. Waga poszła w górę, ale w mięśnie, nie w brzuszek. W Italii trenuje się ciężej, każdy wie, że po jednym opuszczonym meczu może być trudno wrócić do składu. Nie ukrywam, że chodziłem również na siłownię. Przez pierwsze dwa tygodnie ledwie wchodziłem po schodach, bo zacząłem ćwiczenia z marszu, bez przygotowania. Ale później wszystko się unormowało.Czuję się lepiej fizycznie i mentalnie. Uśmiecham się, nie mam kontuzji. W Polsce też pracowałem ciężko, ale jednak czegoś mi brakowało. Wyjechałem i wszystko się zmieniło.

Mecz ligi włoskiej kosztuje więcej sił niż spotkanie ekstraklasy?

Na początku byłem tak podekscytowany, że w ogóle nie zwracałem na to uwagi. Nie czułem zmęczenia, dzień po meczu byłem gotowy na następny. Z Atalantą, Empoli, Romą grałem w euforii. Dopiero po dwóch miesiącach, kiedy emocje puściły, poczułem zmęczenie. Ale to potrwało dwa dni i znów byłem gotowy. Wciąż cieszę się piłką. Kiedy zaczynasz traktować futbol jako zawód, a nie jako coś, co kochasz, mnóstwo tracisz.

Co pana tak emocjonowało?

Nie potrafię tego opisać. Nawet słońce miało znaczenie, przy takiej pogodzie człowiek zupełnie inaczej funkcjonuje. Kiedyś stałem w sklepie, przede mną dwie panie zaczęły dyskutować, jakie tabletki biorą, zamiast kupować. Blokowały kolejkę. I nikogo to nie denerwowało, wszyscy spokojnie czekali. Każdy ma czas. Denerwują mnie tylko kierowcy. Zdarza się, że zablokują cały pas, a inni po prostu ich mijają.

Nauczył się pan włoskiego?

Zaczynam rozumieć. Wywiadu o piłce mógłbym już spróbować udzielić, ale wiem, że gdybym przycisnął z nauką, mówiłbym normalnie. Na razie poznałem terminologię sportową. Wiosną uczyłem się sam. Ale trudniej mi się zmobilizować, bo z Bartkiem Bereszyńskim, Słowakami i Czechami mogę rozmawiać po polsku. Język jest ważny zwłaszcza na odprawach trenera Marca Giampaolo. Taktyki jest tam naprawdę dużo. Gdybym miał powiedzieć, co jest tu najważniejsze, to wymieniłbym taktykę, taktykę i taktykę. Po roku we Włoszech więcej rozumiem i więcej widzę. Zwracam uwagę na to, jak porusza się moja drużyna i rywale, trener przykłada olbrzymią wagę także do sposobów rozegrania stałych fragmentów gry.

Czym się więc różni Karol Linetty z 2017 r. od tego z 2016?

Czuję, że dojrzałem, nabrałem pewności siebie. Nie stresuję się już tak, jak kiedyś.

rozmawiał Piotr Żelazny

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA