fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2020

Drużyna pewna siebie

reporter/ A. Iwańczuk
Selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek o eliminacjach mistrzostw Europy 2020.

Cztery mecze – cztery zwycięstwa, żadnej straconej bramki. Czy przed kolejnymi spotkaniami reprezentacji kibice mogą spać spokojnie?

To jest sport, niczego nie można wykluczyć. Ale ja jestem dobrej myśli, wierzę w awans i sądzę, że zawodnicy ten optymizm podzielają. Rozmawiam z nimi, obserwuję, widzę, że też są, w dobrym sensie, pewni siebie. Nie noszą głów wysoko, nie zadzierają nosa, mają tylko poczucie, że skoro już prawie wszystkich z wyjątkiem Słowenii pokonali, mogą wygrać ponownie.

Słowenia, z którą spotkamy się w Lublanie 6 września, to jedyny przeciwnik, z którym jeszcze nie graliśmy. Lepszy czy słabszy od innych?

Taki sam. To jest wyrównana grupa, w której tylko Polska zwycięża regularnie. Pozostałe drużyny odbierają sobie punkty. Słowenia zremisowała u siebie z Macedonią i pokonała na wyjeździe Łotwę 5:0 ze Steinborsem z Arki Gdynia w bramce. Akurat tego samego dnia, w którym my wygrywaliśmy z Izraelem w Warszawie 4:0. Przegrała tylko z Austrią w Wiedniu. To jest niewątpliwie bardzo wymagający przeciwnik, ale na pewno nie pojedziemy do Lublany, żeby się bronić.

W Rydze Słowenia odniosła dopiero pierwsze zwycięstwo w eliminacjach, w dodatku nad najsłabszym przeciwnikiem w grupie G.

To nie znaczy, że mamy ją lekceważyć. Nie traktujemy w ten sposób żadnego przeciwnika. Wystarczająco długo grałem w piłkę i pracuję jako trener, aby wiedzieć, że meczu nie wygrywa się na papierze, na podstawie statystyk. W dzisiejszych czasach, w których łatwo zebrać informacje o przeciwniku, wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Pracują nad tym sztaby, przekazujemy wiedzę zawodnikom, wielu z nich zna się z przeciwnikami.

I niczym was Słowenia nie zaskoczy?

Najbardziej w piłce podoba mi się to, że jest nieprzewidywalna. Cała ta wiedza stanowi podstawę. Ale kiedy zaczyna się mecz, to ja wiem, że moim przeciwnikiem staje się trener przy drugiej ławce. On wie, że ja wiem, i obydwaj myślimy o tym, jak tu się nawzajem wyprowadzić w pole. Zrobić coś, czego przeciwnik nie brał pod uwagę. To jest w piłce najbardziej fascynujące. Uwielbiam to. Szanując Słoweńców, uważam, że nas nie zaskoczą. Ale walka nie będzie łatwa.

Patrzę na listę 27 powołanych na mecze ze Słowenią i Austrią i nic mnie nie dziwi. Prawie wszystkie powołania są oczywiste. Nawet obecność debiutantów trudno nazwać niespodzianką. O czym to świadczy? O stabilizacji czy niedużym polu manewru?

W kadrze znaleźli się wszyscy piłkarze grający w poprzednich meczach. Są najlepsi na swoich pozycjach, wywalczyli już 12 punktów w eliminacjach. To oczywiste, że muszą być. Ale wszystko się zmienia. Musimy próbować zawodników, którzy na to zasługują. Ostatnie dwa tygodnie spędziłem w Anglii i we Włoszech, żeby obejrzeć kadrowiczów w ich klubach i porozmawiać z nimi. Jestem spokojny, mam podstawy uważać, że będziemy kontynuować pomyślną serię.

Gdzie pan konkretnie był?

Widziałem mecze Southampton – Liverpool, Hull – Blackburn i Leeds – Brentford. Rozmawiałem z austriackim trenerem Southampton Ralphem Hassenhuttlem, z którym znamy się z ligi austriackiej, z Jankiem Bednarkiem, Kamilem Grosickim i Mateuszem Klichem. A także z Łukaszem Fabiańskim i Krystianem Bielikiem.

Widziałem sytuacje, po których Liverpool zdobywał bramki – Bednarek się do tego przyczynił. Kiedy pomyślę, że w takiej formie będzie tworzył z Kamilem Glikiem parę środkowych obrońców, to trochę się niepokoję...

Patrzę na to nieco inaczej. Zawodnicy w klubach podporządkowani są taktyce przyjętej przez trenerów, czasami występują na innych pozycjach niż te, które zajmują w reprezentacji. My mamy już wypracowany plan przygotowań, sprawdzony w dotychczasowych meczach. Każdy ma w nim swoje miejsce i rozpisane role. To się sprawdza. Nie martwi mnie to, że któryś z zawodników popełnił błąd w lidze, chociaż oczywiście wolałbym, żeby to się nie zdarzało.

Southampton zajmuje w Premier League miejsce trzecie od końca, a AS Monaco z Kamilem Glikiem w Ligue 1 przedostatnie. Obydwie drużyny tracą dużo bramek, mając w składzie polskich obrońców...

A ja w nich wierzę, bo reprezentacja, niezależnie od tego, że jest dobrze zorganizowana, wyzwala szczególną mobilizację. Monaco Glika już w poprzednim sezonie miało problemy w lidze, co nie wpłynęło na postawę Kamila w kadrze. Poza tym Monaco traci wiele bramek, grając w osłabieniu, po czerwonych kartkach. Siłą rzeczy sytuacja obrony jest wtedy gorsza, ale sam Kamil nie ma na to wpływu.

Czy powołując Krystiana Bielika, widzi go pan jako alternatywę dla któregoś ze środkowych obrońców?

Bielik występujący w Derby na poziomie Championship może grać zarówno na środku obrony, jak i w pomocy, a to zawsze daje trenerowi większe pole manewru. Jest uniwersalny. Ma za sobą udany sezon, grał na młodzieżowych mistrzostwach Europy, omijają go kontuzje. 21-letni chłopak, który zdobywał już doświadczenie w juniorach Lecha, pierwszej drużynie Legii, od pięciu lat jest w Anglii, a w dodatku występował w reprezentacji wszystkich kategorii wiekowych od U-16 po U-21, to dobry przykład harmonijnie rozwijającej się kariery. Przyszła pora na kolejny szczebel. Uważam, że Bielik jest przyszłością reprezentacji.

Rozumiem, że Łukaszowi Fabiańskiemu przypomniał pan, że jesienią to on będzie numerem 1.

Nigdy tego nie obiecywałem. Mówiłem, że decyzję o tym, który z dwóch równorzędnych bramkarzy broni, Łukasz czy Wojtek Szczęsny, będziemy podejmowali co pół roku. Może zostałem źle zrozumiany. A jest jeszcze Łukasz Skorupski.

No to przejdźmy do włoskiego etapu pańskiej sierpniowej podróży...

Byłem na treningu Fiorentiny przed jej niesamowitym meczem z Napoli (3:4). Rozmawiałem z Szymonem Żurkowskim, który zaczyna grać we Florencji, i Bartłomiejem Drągowskim. A potem z Piotrem Zielińskim. Arkadiusz Milik nie przyjechał do Florencji, ma problemy zdrowotne. Spotkałem się na rozmowie w cztery oczy z trenerem Napoli Carlo Ancelottim. Następnego dnia kolejny mecz z Polakami, Sampdoria – Lazio (0:3). Bartosz Bereszyński i Karol Linetty przegrali. Z Genui miałem już niedaleko do Monako, żeby spotkać się z Kamilem Glikiem.

W Serie A jest aż 18 polskich piłkarzy, pan powołał siedmiu. Zieliński i Piątek ożenili się, a to czasami zmienia stosunek do życia. Piątek przestał strzelać na zawołanie, bo nie jest już nikomu nieznanym napastnikiem. Nie niepokoi pana to wszystko?

W najmniejszym stopniu. Piątek przyzwyczaił kibiców do goli niemal w każdym meczu, więc wymagania wobec niego są większe. Ale on znów będzie strzelał. W Milanie nowy trener Marco Giampaolo przyjął taktykę, w której drużyna ma niewiele okazji strzeleckich, więc to się odbija również na słabej skuteczności Piątka. Tak przynajmniej było w spotkaniach kontrolnych, a ligowe Milan rozpoczął od porażki 0:1 z Udinese.

O trzech napastnikach już na szczęście nikt nie mówi, ale co jest dla reprezentacji lepsze: system z jednym czy dwoma napastnikami?

To zależy od przeciwnika i sytuacji na boisku. Na szczęście ustawienie możemy zmienić bezboleśnie w trakcie gry, z 4-2-3-1 na 4-4-2 lub odwrotnie. Czy gramy z przodu z Robertem Lewandowskim i Krzysztofem Piątkiem, czy inaczej, jesteśmy równie skuteczni.

Mija właśnie rok od pańskiego pierwszego meczu w roli trenera reprezentacji. Zaczęło się od remisu z Włochami w Bolonii, ale kiedy nie wygraliśmy kolejnych pięciu meczów, ludzie zaczęli się zastanawiać, czy to się uda. Pan też miał wątpliwości?

Może nie aż do tego stopnia, bo wiedziałem, czego chcę, i wierzyłem, że się uda. Ale bywały trudne momenty. W październiku w ciągu trzech dni przegraliśmy w Chorzowie z Portugalią i Włochami, więc trzeba się było zmierzyć z krytyką. Ja zresztą wolę krytykę od lukrowania, bo ona zwiększa czujność. Tylko że wielu krytyków nie rozumiało, że gramy z mistrzem Europy oraz Włochami, którzy są zawsze groźni. A z takimi przeciwnikami musieliśmy próbować taktykę. Kiedy przechodziliśmy na 4-4-2, to wszystko funkcjonowało jak trzeba. Reprezentacja przeszła chrzest bojowy w listopadzie, w Guimaraes, gdzie bez Glika, Błaszczykowskiego, Piątka i Lewandowskiego zremisowaliśmy z Portugalią 1:1. To był ostatni mecz przed serią czterech zwycięstw w eliminacjach mistrzostw Europy.

Dziś jest pan znacznie spokojniejszy?

Nie w tym rzecz. Ufam tej drużynie i swojemu sztabowi. Ale to wcale nie banał, że dziś nie ma łatwych meczów. Może ostatni raz były 30 i więcej lat temu, kiedy układ sił w Europie wyglądał inaczej i większość reprezentacji bała się Polski. Dziś punkty można stracić wszędzie. A jak jesteś pierwszy, to tym bardziej możesz dostać w głowę, bo łatwiej w ciebie wcelować.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA