fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2020

Po meczu Polska - Słowacja: Niesmak pozostał

Grzegorz Krychowiak
Grzegorz Krychowiak dzień po meczu ze Słowacją powiedział: – Nie oczekuję od nikogo, że będzie w nas wierzył. Najważniejsze, żeby wierzył zespół.
PAP, Marcin Gadomski
Paulo Sousa sprzedał nam opowieść o reprezentacji jak ze snu. Niestety, znowu okazało się, że choć mamy piłkarzy, to nie umiemy zbudować z nich drużyny.

Polacy piąty raz w ciągu 20 lat zaczęli wielki turniej od porażki, ale żałoby narodowej nie ma. Euro 2020 wypatrywaliśmy z życzliwym spokojem, bo mecze reprezentacji kibiców ostatnio nie rozgrzewały.

Robert Lewandowski może jest najlepszym napastnikiem świata, Piotr Zieliński rozdaje karty w Napoli, a Wojciech Szczęsny gra w Juventusie Turyn. Niewykluczone, że mamy dziś w polskiej piłce najbardziej utalentowane pokolenie od dekad, złożone z obywateli świata. Jednak piłkarze ci w koszulkach z orzełkiem na piersi regularnie zawodzą.

Sousa przy powołaniach mógł z czystym sumieniem niemal pominąć polską ligę. Czerpie ze źródeł znacznie obfitszych niż Jerzy Engel, Paweł Janas czy Leo Beenhakker, a jednak finał może być taki sam.

Kiedy przychodzi do grania na poważnie, obijają nas rywale z Korei, Ekwadoru, Senegalu i Słowacji. Tylko wygrana z Irlandczykami (Euro 2016) jest tu wyjątkiem i remis z Grecją na polskim Euro 2012.

Demony wróciły

– Rozmawiałem po meczu z Kamilem Glikiem i powiedziałem mu, że demony wróciły. Czuliśmy się tak samo, jak trzy lata temu na mundialu w Rosji, kiedy na inaugurację przegraliśmy z Senegalem i potem wszystko się posypało – powiedział po meczu Maciej Rybus.

Nawałka kilka lat temu sprawił, że reprezentacja stała się zieloną wyspą, błyszcząc na tle dysfunkcyjnych klubów i prowincjonalnej ligi. Teraz drużyna narodowa na nowo wtopiła się w krajowe dekoracje.

Nie obiecywaliśmy sobie po tym Euro nic, choć jednak może trochę. Sousa zapowiadał przecież drużynę ofensywną, zrelaksowaną przy piłce, nowoczesną – taką reprezentację Polski, jakiej jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Jednak słowami nie buduje się fundamentów, a ambitne projekty wymagają czasu, więc pierwszy mecz mistrzostw Europy zakończył się klapą.

Karmiliśmy się ułudą, że tydzień między spotkaniami z Islandczykami i Słowakami może coś zmienić. Grzegorz Krychowiak zapewniał, że drużyna przygotowuje się na turniej, a nie mecze towarzyskie i poniedziałek w Sankt Petersburgu będzie inny niż wszystkie. Znów obejrzeliśmy jednak półprodukt.

Sousa podobno zrobił wszystko jak należy: ostrzegł zawodników przed Milanem Skriniarem, uczulał na konieczność pressingu, kazał pomocnikom funkcjonować bliżej Roberta Lewandowskiego. – Nasza analiza Słowaków była trafna. Niestety, nie udało się tego za bardzo przenieść na boisko – wyjaśniał selekcjoner podczas konferencji prasowej.

Rozczarowali liderzy. Lewandowski był zdumiewająco bezradny, na co zwracali uwagę także zagraniczni dziennikarze. Gwiazdor Bayernu w jedenastu ostatnich meczach na wielkich turniejach do siatki trafił tylko raz. Grzegorz Krychowiak dostał czerwoną kartkę. Wojciech Szczęsny w pięciu spotkaniach mistrzostw świata i Europy obronił jeden strzał.

Gwiazdy klubów, liderzy eliminacji znów nie umieli dźwignąć drużyny przy okazji najważniejszych wyzwań, a czas im ucieka. To jeden z ostatnich wielkich turniejów, podczas którego ta drużyna przyjaciół – jak zdefiniował ją Szczęsny – mogła dać radość Polakom.

Kibiców ubywa

To nie jest jeszcze moment na pytania o przyszłość Sousy, ale na pierwsze recenzje – już tak. Portugalczyk jest w wygodnej sytuacji, bo skoro przebudowuje drużynę w trybie błyskawicznym, to każdy sukces może zapisać na swoje konto, a niepowodzenie wrzucić do ogródka poprzednika. Takie stawianie sprawy nie jest jednak uczciwe.

Sousa jest w swoich decyzjach pryncypialny. Porażka ze Słowacją to nie tylko rachunek za niemoc liderów, ale także konsekwentne – a brzydszym bratem konsekwencji jest upór – dostrajanie piłkarzy do taktyki, a nie taktyki do piłkarzy. Idealizm, zwłaszcza w piłce reprezentacyjnej, rzadko wygrywa z pragmatyzmem.

Mecz Polska–Słowacja obejrzało w TVP 7,56 mln widzów. Trzy lata temu, kiedy w podobnych warunkach – popołudniem, w środku tygodnia – zaczynaliśmy rosyjski mundial od spotkania z Senegalem, telewidzów było ponad 11 milionów. Pierwszy występ na Euro 2016, gdzie kadra także jechała bez ciężaru oczekiwań, to 12-milionowa widownia.

Kibic piłkarski to dziś gatunek, który się kurczy, więc wymaga specjalnej troski. Podróż do Sankt Petersburga i tak wybrało jednak kilka tysięcy desperatów. Ci, którzy pokonali w drodze za reprezentacją ponad tysiąc kilometrów, nie doczekali się nawet podziękowań. Piłkarze podwinęli ogony i po meczu podreptali do szatni. Niesmak pozostał, ale Euro trwa.

– Wiadomo, że we wszystkim, co powiecie, będziecie mieli rację. Nie przyszedłem tu, żeby opowiadać o pozytywach. Nie chcę wychodzić na klauna – powiedział dzień po meczu przytomnie Grzegorz Krychowiak, który z Hiszpanią nie zagra z powodu czerwonej kartki. Wyglądał jak człowiek, który dostał od życia solidną lekcję. – Nie oczekuję od nikogo, że będzie w nas wierzył. Najważniejsze, żeby wierzył zespół.

I tego się trzymajmy, przynajmniej do soboty.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA