fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2016

Nasza duma, ich smutek

Reprezentacja Polski (od lewej): Jakub Błaszczykowski, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak, Robert Lewandowski, Kamil Glik, Arkadiusz Milik, Krzysztof Mączyński, Michał Pazdan, Artur Jędrzejczyk, Kamil Grosicki, Łukasz Fabiański
AFP
Naród czekał na grad goli Roberta Lewandowskiego – dostał wślizgi Michała Pazdana, ale chyba nikt nie jest zawiedziony.

Piłkarze po powrocie do Polski nie chcieli uczestniczyć w fecie na ich cześć. Wyszli z samolotu i tylko przemknęli przed tłumem świętujących kibiców na Okęciu. Nie czuli się bohaterami, nie czuli się wygrani, byli smutni i niepogodzeni z tym, że jeden strzał z 11 metrów dzielił ich od półfinału i strefy medalowej.

W piątek nad ranem wylądowali w Saint-Nazaire po locie z Marsylii. Jeszcze we własnym gronie dyskutowali o meczu z Portugalią – bolesnym, bo czuli na murawie Stade Velodrome, że byli od rywali lepsi. Żadnego triumfalizmu, chełpienia się, tylko spuszczone głowy i żal z powodu porażki. Smutek jest naturalną reakcją sportowca na przegraną – być może jedyną uzasadnioną – ale trzeba jasno powiedzieć, że Euro 2016 było dla tych zawodników dużym sukcesem.

Najlepszym tego dowodem – nawet większym niż miejsca w kolejnych jedenastkach turnieju czy rundy – jest właśnie to powitanie w Warszawie. Pokazuje, jaki szacunek zyskali przedstawiciele tak powszechnie w Polsce wyszydzanego sportu, jakim jest piłka nożna. Nasz stereotyp był taki: piłkarze to niezbyt rozgarnięci lenie, zarabiający niemoralnie duże pieniądze i w dodatku niepotrafiący niczego osiągnąć.

Koniec wieków ciemnych

Zawodnicy Nawałki, w tym wielu naznaczonych porażkami – aż sześciu spośród zabranych przez selekcjonera do Francji brało udział w blamażu, jakim było Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie – z tym stereotypem w końcu zerwali. Trudno zliczyć, ile razy pod ich adresem padło „dziękujemy".

W 2002 roku reprezentacja Jerzego Engela po raz pierwszy po 16 latach przerwy i mundialu w Meksyku w 1986 roku, awansowała do finałów mistrzostw świata. Z tamtego turnieju najlepiej zapamiętaliśmy porażkę na inaugurację z Koreą Południową, którą mieliśmy roznieść w proch i pył, a także bolesne 0:4 z Portugalią. Dziś z Portugalią, mającą w swoich szeregach jednego z najlepszych piłkarzy świata – Cristiano Ronaldo, zagraliśmy w ćwierćfinale wielkiej imprezy i by wyłonić zwycięzcę potrzebne były rzuty karne.

Mundial w Korei to był koniec wieków ciemnych, czyli lat 90., ale jednocześnie nowa rzeczywistość wcale nie rozpieszczała kibiców. Euro 2004 – bez nas, MŚ 2006 – faza grupowa, Euro 2008 – historyczny udział, ale bez awansu z grupy. Na MŚ 2010 nie pojechaliśmy, Euro 2012 – historyczna klapa, mundial 2014 w Brazylii – brak awansu.

Na tym tle ćwierćfinał Euro 2016 wygląda jak z innej bajki. We Francji zostaliśmy jedną z ośmiu najlepszych drużyn Europy. W klasyfikacji federacji krajowych UEFA Polska przed mistrzostwami zajmowała 14. miejsce na Starym Kontynencie. W rankingu FIFA byliśmy na 27. pozycji.

Sygnał dla dzieciaków

Oczywiście stwierdzenie, że we Francji dokonała się rewolucja nie jest uzasadnione. W tej chwili nasz futbol to dwa światy. W jednym Cristiano Ronaldo przytula i pociesza po meczu Roberta Lewandowskiego, Grzegorz Krychowiak przechodzi za wielkie pieniądze do Paris Saint-Germain, ale w drugim wszystko zostało po staremu. Zanim zawodnicy Nawałki wyszli w czwartek na Stade Velodrome, w Sofii – w pierwszej rundzie kwalifikacji do Ligi Europy – Zagłębie Lubin przegrało z miejscową Slavią 0:1. Gdy skrzydłowy Bartosz Kapustka zmieniał w 73. minucie meczu w Marsylii Kamila Grosickiego, jego koledzy z Cracovii już przegrywali w stolicy Macedonii Skopje z KF Shkendija 0:2. Tylko dwa kraje przegrały komplet spotkań w pierwszej rundzie kwalifikacji do LE – San Marino oraz ćwierćfinalista Euro 2016, Polska.

Symptomatyczne były słowa Lewandowskiego tuż po meczu z Portugalią, wypowiedziane jeszcze w podziemiach Stade Velodrome. Napastnik Bayernu zapytany, czy we Francji narodziła się nowa drużyna, gotowa zmierzyć się z rozbudzonymi apetytami kibiców, odpowiedział: – Chciałbym, żeby nie był to tylko początek nowej drużyny, ale także sygnał dla dzieciaków i młodych ludzi. Że warto pójść na WF, warto zacząć trenować, warto marzyć o półfinale. Mam nadzieję, że ruszy się coś w kwestii szkolenia. Widać, że kibice w Polsce kochają futbol. Jeśli jest tak wielkie zapotrzebowanie, to należy dbać o zaplecze.

Ten turniej miał kilku bohaterów, ale najgłębsze pokłony należą się Adamowi Nawałce. Na Euro reprezentacja awansowała dzięki świetnemu atakowi, ale selekcjoner wiedział, że we Francji ważniejsza będzie szczelna defensywa. Stare piłkarskie powiedzenie mówi, ze mecze wygrywa się atakiem, ale tytuły zdobywa obroną.

Michał Pazdan opowiadał w La Baule, że podczas zgrupowania w Arłamowie nacisk położono przede wszystkim na defensywę. To samo przyznał Nawałka podczas konferencji poprzedzającej mecz z Portugalią.

Pracowity Arkadiusz

W Bieszczadach selekcjoner po raz pierwszy tak długo miał do dyspozycji swoich piłkarzy. Ponad tydzień codziennych treningów – z początku zresztą śruba była  tak mocno dokręcona, że zawodnicy ćwiczyli dwa razy dziennie, dopiero z czasem obciążenia zostały zmniejszone.

Efekty były widoczne, przez rywalizację w grupach Polacy przeszli bez straty gola. W fazie pucharowej stracili dwa – po uderzeniu nożycami Xherdana Shaqiriego (to trafienie będzie kandydować do miana gola turnieju) oraz po rykoszecie po strzale Renato Sanchesa.

Za grę defensywną nie odpowiada jednak tylko czwórka z linii obrony, a cały zespół. Gigantyczna praca jaką wykonywał w trakcie tego turnieju w defensywie Arkadiusz Milik, jest łatwa do przeoczenia. Tymczasem, według taktyki Nawałki, Milik w fazie ataku był drugim napastnikiem wchodzącym w przestrzeń, którą tworzył mu swoim ciągłym ruchem i wyciąganiem obrońców Robert Lewandowski, ale gdy piłkę mieli rywale, to właśnie Milik był odpowiedzialny za ograniczanie poczynań ich środkowych pomocników.

Najlepiej widać to było w meczu 1/8 finału ze Szwajcarią, gdy to napastnik Ajaxu Amsterdam wyłączył z gry najważniejszego zawodnika środka pola Szwajcarów – Granita Xhakę. Wysiłek, jaki Milik wkładał w pracę w defensywie, nie był bez wpływu na jego skuteczność.

Kolejnym ofensywnym piłkarzem, który wykonywał wielką pracę w obronie był Jakub Błaszczykowski (w każdym meczu był w czołówce w statystyce odbiorów i prób ich wykonania).

Ale tłumy porwał Michał Pazdan. Dla niego czerwiec we Francji to prawdziwa bajka. Z człowieka, którego poza kibicami mało kto kojarzył, stał się nagle ulubieńcem Polaków. Pazdan przed tymi mistrzostwami wielką piłkę oglądał głównie w telewizji. Owszem został wybrany najlepszym obrońcą ekstraklasy dwa lata temu, jeszcze gdy grał w Jagiellonii Białystok, co zaowocowało transferem do Legii Warszawa i występami w europejskich pucharach. Ale Liga Europejska, to nie ten sam poziom co Euro, a na turnieju we Francji Pazdan skutecznie powstrzymywał Thomasa Muellera czy samego Cristiano Ronaldo.

Stoper Legii imponował nie tylko agresywnością i niezłym ustawianiem się, ale przede wszystkim widać było po nim, po każdym jego ruchu, że za tę drużynę dałby się pokroić. Jego ofiarność i poświęcenie stały się symbolem Polaków na Euro. Pazdan blokował strzały, rzucając się całym ciałem na piłkę, wykonywał mnóstwo wślizgów. No i świetnie współpracował z Kamilem Glikiem.

Pazdan ma 28 lat, co jak na piłkarza jest „wiekiem średnim". Jego braki w grze ofensywnej, wyprowadzaniu piłki, są zbyt duże, by turniej we Francji stał się dla niego przepustką do wielkiej kariery, ale na transfer do średniego zespołu Bundesligi chyba może liczyć.

To pokazuje nie tylko zmianę punktu ciężkości tej drużyny z ofensywy na defensywę, ale i to, że każdy z piłkarzy w torbie treningowej nosił marszałkowską buławę. Właśnie stworzenie drużyny, w której każdy z elementów pasuje do całości układanki, jest największym osiągnięciem selekcjonera.

Teoretycznie gorsi zawodnicy z kadry sami nazywają siebie fusami. To ci grający w słabszych klubach, zazwyczaj w Polsce, którym daleko do sławy i fortuny Lewandowskiego czy Krychowiaka. Ale turniej we Francji był też właśnie czasem „fusów".

Tuż przed mistrzostwami z powodu kontuzji wypadł z kadry ostatnio etatowy lewy obrońca Maciej Rybus. Zastąpił go Artur Jędrzejczyk, który wiosną musiał się zdecydować na wypożyczenie z Krasnodaru do Legii, by regularnie grać i nigdy tak naprawdę na lewej obronie nie występował. Nawałka wymyślił dla niego tę pozycję w trakcie eliminacji, ale Jędrzejczyk i tak najwyżej był zastępcą Rybusa.

Oglądając mecz z Portugalią trudno było jednak w to uwierzyć – szalał zarówno w defensywie, jak i w ofensywie, uczestnicząc w fantastycznej akcji Polaków składającej się z 22 podań lub niemal zaliczając asystę (lewą nogą! a przecież jego prawonożność była największą przeszkodą na nowej pozycji) po uderzeniu Milika. Innym „fusem", który podczas turnieju okazał się nie do zastąpienia, był Krzysztof Mączyński, symbol selekcji Nawałki – piłkarz ani wybitnie utalentowany, ani efektowny, którego niewielu ekspertów i kibiców widziało w pierwszym składzie, ale całkowicie oddany trenerowi i wypełniający wszelkie założenia taktyczne. Jak dużo znaczy niewidoczny zazwyczaj Mączyński, pokazał mecz z Ukrainą, gdy selekcjoner oszczędzał zawodnika Wisły Kraków z powodu zagrożenia pauzą za żółte kartki. Polacy nie byli w stanie przejąć kontroli nad środkiem pola, oddali inicjatywę rywalom, rozegrali swój najsłabszy mecz na Euro, ale jednak zwycięski.

Kuba i Łukasz

Mieliśmy też piękną historię Łukasza Fabiańskiego i Jakuba Błaszczykowskiego. Obaj mogli czuć się odtrąceni i źle potraktowani, tymczasem zagrali turniej życia. Błaszczykowski strzelił dwa gole, zaliczył asystę, harował w obronie, błyszczał w ataku, a gdy się przystawiło ucho, gdzie trzeba, okazywało się, że był też bardzo istotną postacią w grupie. Kiedy Nawałka zabrał mu opaskę kapitańską i postawił na Lewandowskiego, Błaszczykowski niespecjalnie integrował się z kolegami. Z natury introwertyk rozumiał się tylko ze swoimi: Fabiańskim i najlepszym przyjacielem Łukaszem Piszczkiem.

A jednak już od początku pierwszego zgrupowania – tego rodzinnego w Juracie – objawił się inny Błaszczykowski. Żartujący, otwarty, służący dobrym słowem i radą młodszym kolegom.

Fabiański miejsce w bramce stracił tuż przed mistrzostwami. Jak dokładnie poinformował go o tym Nawałka, dowiemy się pewnie za jakiś czas. Podobno Fabiański bardzo źle przyjął wiadomość, że to Wojciech Szczęsny będzie numerem jeden podczas Euro. Już jednak w pierwszym spotkaniu turnieju – z Irlandią Północną w Nicei – Szczęsny doznał kontuzji uda i w bramce musiało dojść do zmiany. Fabiański bronił bardzo dobrze, a prawdziwym jego popisem było spotkanie przeciwko Szwajcarii w 1/8 finału. Swoimi kapitalnymi interwencjami utrzymał nasz zespół w turnieju. Parada przy strzale z rzutu wolnego Ricardo Rodrigueza, gdy piłka zmierzała w okienko bramki, była jedną z najlepszych – jeśli nie najlepszą – interwencją turnieju. A jednak po Portugalii Fabiański miał w oczach łzy. W strefie wywiadów tłumaczył dziennikarzom, że ma do siebie olbrzymie pretensje, bo nie był w stanie pomóc drużynie przy rzutach karnych i żadnego nie obronił. Najbardziej nawet zatwardziałe serca miękły. Jakby na dopełnienie tej klątwy – jedyny rzut karny z dziewięciu wykonywanych przez Polaków na tym turnieju zmarnowany został przez Błaszczykowskiego.

Górą grupa

Potencjał mitotwórczy po Euro jest więc ogromny, z czasem te legendy będą się w historii polskiej piłki zakorzeniać. Nieodłączną składową opowieści o drużynie Nawałki we Francji będzie też oczywiście postawa Roberta Lewandowskiego. Na szczęście napastnik Bayernu strzelił w ostatnim meczu swoją bramkę, ale i tak osią narracji snutej po latach będzie jego poświęcenie dla drużyny. Rezygnacja z indywidualnych laurów i splendorów na rzecz grupy. Lewandowski w tych mistrzostwach niemal nie miał sytuacji, z jakich żyją napastnicy jego pokroju– przodem do bramki, z piłką przy nodze.

Został przez Nawałkę w pewnym sensie poświęcony. Miał schodzić do linii bocznej, tworzyć miejsce, wyciągać obrońców. I realizował te założenia perfekcyjnie. Gdy rywale koncentrowali się na zatrzymaniu największej gwiazdy naszego zespołu, przestrzeń (to Johan Cruyff powiedział, że w piłce chodzi o znalezienie i wykorzystanie przestrzeni) przez niego stworzoną okupowali inni.

Nie ma co się jednak oszukiwać i twierdzić, że Lewandowski na Euro był w najwyższej formie, w jakiej go widziano. Miał wciąż charakterystyczną dla siebie siłę tura, ale brakowało mu przyspieszenia, odejścia, które powodowało rozpacz obrońców w Bundeslidze. Po kolejnych meczach bez gola widać było, jak bardzo ciąży mu to, że nie trafia, a raczej, że nie ma w ogóle podbramkowych okazji. A jednak egoizm napastnika schował głęboko.

Osobne słowo należeć się musi także Grzegorzowi Krychowiakowi, który lada dzień zostanie najdroższym polskim piłkarzem i za kilkadziesiąt milionów euro przejdzie z Sevilli do Paris Saint-Germain. Zresztą transferów Polaków po Euro powinno być więcej – Glik trafi do Monaco, mówi się o tym, że Ajax sprzeda Milika.

Krychowiak, o którego zdrowie tyle było obaw, rozegrał wszystkie mecze od pierwszej do ostatniej minuty, to on wykorzystał bez mrugnięcia okiem decydujący rzut karny przeciwko Szwajcarii. To on faktycznie był rozgrywającym reprezentacji Polski. Jego rajdy i próby przedzierania się przez środkowe linie rywali, wymuszanie przy tym fauli, zostaną w pamięci.

Krótka kołdra

Apetyty zostały rozbudzone. Jaka jest więc przyszłość tego zespołu? Już we wrześniu rozpoczynają się eliminacje mistrzostw świata 2018 w Rosji. Polacy zaczną od wyjazdu do Kazachstanu. Jak wiele znaczy dobra organizacja gry i niezła defensywa, pokazał ten turniej, ale większość kibiców żądać będzie od drużyny Nawałki kilkubramkowego zwycięstwa. W grupie mamy jeszcze innego finalistę Euro 2016 – Rumunię, a także Danię, Armenię i Czarnogórę.

Z grupy, którą Nawałka zabrał do Francji, właściwie tylko trzeci bramkarz Artur Boruc w 2018 roku będzie już raczej za stary na grę w kadrze. Pozostali – łącznie z Błaszczykowskim i Piszczkiem – wciąż powinni stanowić o sile zespołu.

Ale Nawałka musi też szukać nowych piłkarzy – szukać i lepić po swojemu. To właśnie zbyt krótka kołdra była problemem tego zespołu. Selekcjoner korzystał z 13 piłkarzy. Na zmiany wchodzili Bartosz Kapustka oraz Tomasz Jodłowiec. Gdy cała widownia domagała się zmian w meczu ze Szwajcarią, chwila refleksji wystarczyła, by zrozumieć, że Nawałka nie za bardzo miał kogo posłać na boisko. Szczególnie kiedy się okazało, że Piotr Zieliński mentalnie na ten turniej (co udowodnił w sparingu z Holandią i już podczas Euro w pierwszej połowie z Ukrainą) nie dojechał. Na Zielińskiego – jedynego z ekipy, który Euro powinien uznać za porażkę – Nawałka wciąż oczywiście bardzo liczy.

Już za rok selekcjoner będzie miał okazję do przeglądu kadr. W czerwcu w Polsce odbędą się mistrzostwa Europy do lat 21. Traktowane zresztą przez PZPN bardzo prestiżowo. Zbigniew Boniek nie ukrywa, że liczy na dobry (medalowy?) występ następców Lewandowskiego i Krychowiaka. Z drużyny Adama Nawałki do gry w turnieju uprawnieni będą Milik, Zieliński, Kapustka, Karol Linetty i Mariusz Stępiński. Utalentowanej młodzieży jest jednak więcej – z bramkarzem Bartłomiejem Drągowskim, który właśnie trafił do Fiorentiny, na czele.

O awansie na mundial w ogóle nie ma co dyskutować, jest obowiązkowy. Do Rosji powinniśmy jechać, by przynajmniej powtórzyć wynik z Euro.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA