fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2016

Polska-Portugalia: Futbol jest okrutny

AFP
O porażce Polski z Portugalią zadecydował nieudany rzut karny Jakuba Błaszczykowskiego.

Korespondencja z Marsylii

Drugi mecz w fazie pucharowej Euro, druga dogrywka, drugi raz rzuty karne. Strzał Jakuba Błaszczykowskiego w przedostatniej serii obronił Rui Patricio. Futbol jest okrutny – jeden z największych bohaterów reprezentacji Polski na tych mistrzostwach miał tak strasznego pecha.

Polacy gorzej wykonywali jedenastki, ale do domu wracają z podniesionymi głowami, a ich występ na Euro i tak przejdzie do historii polskiej piłki. Kibicom, którzy przyzwyczajeni byli do tego, że Polska jest pariasem europejskiego futbolu, wlali dużo nadziei w serca. A ich fantastyczna postawa jeszcze z czasem nabierze piękniejszego wymiaru, obrośnie legendami.

Gdy Portugalczycy stali już ustawieni na pozycjach, gotowi do wznowienia drugiej części dogrywki, cała polska ekipa – wszyscy, którzy byli na ławce, łącznie z masażystami i lekarzem – skupiła się wokół Adama Nawałki. Jeszcze kilka słów od trenera, trochę otuchy, mobilizacji. To był bardzo symptomatyczny obrazek.

Początek był wspaniały. Minęło około 100 sekund najważniejszego polskiego meczu od dekad, gdy piłkę wymienili Robert Lewandowski z Kamilem Grosickim. Skrzydłowy Rennes wpadł w pole karne, pięknie podał, a kapitan reprezentacji dostawił idealnie stopę i było 1:0 dla Polski.

Ileż było dyskusji na temat gry Lewandowskiego w tym turnieju. Ileż było utyskiwań, narzekań, modłów wznoszonych o jego przełamanie, niemal egzorcyzmów. Gdy jednak reprezentacja tak bardzo potrzebowała jego gola, on go zdobył. Lewandowski, świętując, pobiegł pod sektor polskich kibiców, a pierwszy z gratulacjami dopadł do niego Jakub Błaszczykowski. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu ich konfliktem (którego nigdy na boisku nie było widać) żyły media, a także kibice. A obrazek z Marsylii jest tylko kolejnym pokazującym, jak bardzo antypatie nie mają dla nich znaczenia na murawie.

Drugą asystę w drugim meczu fazy pucharowej zaliczył Kamil Grosicki. Lewoskrzydłowy przyznawał niedawno w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że swój występ na tych mistrzostwach będzie oceniał także przez pryzmat statystyk. Opowiadał o tym, jak kontuzja przeszkodziła mu w spełnieniu własnych oczekiwań. Może już jednak spać spokojnie – dwa decydujące podania to więcej niż przyzwoicie. On też wróci z podniesioną głową.

Polscy kibice na każdym meczu śpiewają „gramy u siebie”. Tym razem u siebie grali jednak rywale. We Francji na co dzień mieszka niemal 650 tysięcy Portugalczyków – to więcej niż w ich byłych koloniach: Brazylii (330 tysięcy) czy Angoli (blisko 95 tysięcy). Do tego dochodzi niemal 1,6 miliona obywateli francuskich, ale pochodzenia portugalskiego. Ale na trybunach Polaków było mniej więcej tyle samo, a z pewnością byli głośniejsi.

Na ulicach Marsylii dzień przed meczem trudno jednak było wyczuć, że dzieje się coś niezwykłego, że reprezentacja Adama Nawałki bierze udział w najważniejszym meczu od przynajmniej 30 lat, że ewentualne zwycięstwo z Portugalią da biało-czerwonym awans do strefy medalowej po raz pierwszy od mundialu w Hiszpanii w 1982 roku.

Cristiano Ronaldo nie mógł do tej pory tego turnieju zaliczyć do udanych. We wcześniejszych czterech spotkaniach Euro portugalski gwiazdor strzelił co prawda dwa gole, to po jego akcji piłkę do siatki dobijał Ricardo Quaresma i dzięki temu w ogóle Portugalczycy mogli z Polską zagrać na Velodrome, ale kibice w Lizbonie spodziewali się więcej. W meczu z Polską największa europejska gwiazda futbolu znowu więcej gestykulowała, beształa kolegów, niż faktycznie grała. Wielką pracę przy zawodniku Realu Madryt wykonało dwóch środkowych obrońców reprezentacji: Michał Pazdan, a przede wszystkim Kamil Glik. Stoper Torino, który za ponad 10 milionów euro ma zamienić po mistrzostwach klub na francuskie Monaco, rozgrywał popisową partię. Ronaldo najlepszą szansę zmarnował chwilę przed końcem meczu. Dostał piękne podanie od Joao Moutinho, wyprzedził obu stoperów i będąc sam przed Fabiańskim, nie trafił w piłkę.

Polacy też mieli jednak okazje. Najlepszą zmarnował w drugiej połowie Arkadiusz Milik, który strącił piłkę dośrodkowaną przez Artura Jędrzejczyka, ale Rui Patricio obronił to uderzenie.

Najbardziej mitologiczną postacią tego zespołu został jednak Michał Pazdan. Z Polski wyjeżdżał jako drugoplanowy członek reprezentacji Nawałki. W kadrze piłkarze, którzy grają w naszej lidze, nie są tak popularni jak ich koledzy z potężnych zagranicznych klubów i przede wszystkim nie zarabiają takich pieniędzy, sami siebie nazywają „fusami”. Tymczasem to Pazdan stał się najpopularniejszym piłkarzem drużyny Nawałki. W internecie więcej było Pazdana niż Lewandowskiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA