fbTrack
REKLAMA

Ekonomia

Śmieciowe dylematy

Opłata za śmieci to obecnie największy koszt utrzymania domu.

- Rocznie do wywozu śmieci z budżetu gminy dopłacamy ponad 3 miliony złotych. O tyle mniej możemy wydać na inwestycje czy wydarzenia kulturalne – mówi Roman Ptak, burmistrz Niepołomic.

Ostatnio Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie unieważnił część uchwały tamtejszej rady miasta w sprawie stawek za odbiór odpadów. Uznał, że nie można różnicować stawek ze względu na zabudowę, w jakiej znajduje się gospodarstwo domowe. Aby była jak najbardziej adekwatna, samorządy próbują połączyć opłatę za wywóz śmieci z ilością zużytej wody. Ale tutaj zastrzeżenia mają Regionalne Izby Obrachunkowe. Co się dzieje, że samorządy zaczęły tak kombinować z tą opłatą?


Roman Ptak, burmistrz Niepołomic: To nie są kombinacje, a raczej próba dostosowania się do niedoskonałego prawa. Ustawa z 2013 roku mówi wprost, że gminy mają obowiązek odebrać śmieci, ale nie mogą ani do tego dopłacać, ani na tym zarabiać. Innymi słowy stawka za odbiór i wywóz odpadów musi być tak ustalona, by końcowy bilans wyszedł na zero.


A tę stawkę ustala rada gminy. W czym problem dopasować ją tak, by bilans wyszedł na zero?


- Odpowiem na przykładzie naszej gminy. Stawka za wywóz śmieci musi uwzględniać nie tylko ceny związane z ich odbiorem, ale też muszą tam być wliczone również koszty administracji czy obsługi punktów selektywnej zbiorki odpadów. W tamtym roku nasza opłata wynosiła 25 zł na mieszkańca. W tym to już 30 zł, ale faktyczny wydatek jest jeszcze wyższy. Po rozstrzygnięciu przetargu okazało się, że gmina za wywóz odpadów musi zapłacić 39 złotych za każdego mieszkańca.

Ale rada gminy ustaliła stawkę na 30 zł. Nie możecie ludzi obciążyć wyższą opłatą. Skąd zatem wziąć brakującą kwotę?

- Z budżetu gminy. Rocznie musimy dopłacić do wywozu ponad 3 mln zł. A to oznacza, że o tyle mniej możemy wydać na inwestycje czy wydarzenia kulturalne. Ale tutaj pojawia się kolejny problem. Zgodnie z ustawą koszt wywozu musi pokrywać w całości opłata mieszkańca, a gminy nie powinny dokładać do tego własnych środków. Istnieje obawa, że prędzej czy później takie dopłacanie do odbioru śmieci ze środków własnych gminy zostanie zakwestionowane przez Regionalne Izby Obrachunkowe. I wtedy samorządy będą miały problem. Póki co RIO pochodzą do tej sprawy dość elastycznie i nie zdarzyło się jeszcze, by zakwestionowały sprawozdania z budżetu.

Gmina wybiera firmę, która zajmuje się odbiorem i wywozem śmieci w przetargu, czy nie można tutaj zbić ceny?


- Próbowaliśmy. Ale pojawia się inny problem. Ostatnio rozpisaliśmy przetarg na cztery zadania osobno. Wywóz odpadów bio, wielkogabarytowych, zmieszanych i tych z selektywnej zbiórki. I co się okazało? Za każdym razem wpływała tylko jedna i ta sama oferta. Firmy zajmujące się wywozem podzieliły rynek między sobą. Nie ma żadnej konkurencji. Rozmawiałem o tym z innymi samorządowcami. W wielu przypadkach jest tak samo. Ogłaszany jest przetarg i wpływa jedna oferta. W ubiegłym roku rząd wpadł na pomysł czasowego otwarcia zamkniętych wysypisk. Rozwiązanie ma wpłynąć na obniżenie opłat za śmieci.


- Ale takie rozwiązanie nic nie da. Wchodzimy na ruch kolizyjny z Unią Europejską. Zgodnie z przyjętą przez Polskę dyrektywą, musimy z roku na rok zwiększać liczbę odpadów z recyklingu. W 2025 roku ten wskaźnik ma wynosić 55 proc. Oznacza to, że taki odsetek zebranych odpadów musi nadawać się do ponownego użycia. Jeśli gminy nie spełniają kryteriów wynikających z dyrektyw zapłacą kary. To oznacza dalszy wzrost kosztów. Nasza gmina spełnia warunki dyrektywy, recykling nie stanowi dlanas problemu. Problemem znowu są pieniądze, bo faktyczna cena odbioru takich odpadów to 1000 zł za tonę.

Różnicowanie stawek kwestionuje sąd, łączenie ich z wodą RIO. Jaki ma Pan pomysł na uszczelnienie tego systemu?


- Zdajemy sobie sprawę, że ludzie nie piszą prawdy w deklaracjach. Dlatego zaczęliśmy je weryfikować. Najprościej sprawdzić poprzez ewidencję ludności. Ale dane tam często nie pokrywają się z rzeczowością. W jednym przypadku stan osób zameldowanych w jednym miejscu może być większy niż to, ile faktycznie ich tam mieszka. W drugim na odwrót. Z bazy może wynikać, że mieszka tam jedna lub dwie osoby, a tak naprawdę przebywa w danym domu nawet 6 osób. Dlatego te dane będziemy porównywać z danymi z wodociągów mówiących o zużyciu wody. To jest sensowny przelicznik. Zużycie wody całkiem nieźle pokazuje, ile osób może zamieszkiwać w danym miejscu.


Jak ta kontrola ma wpłynąć na wysokość opłat?


- W 2019 roku znowelizowano po raz kolejny prawo. Po tej nowelizacji nie możemy płacić ryczałtem, a za faktycznie odebraną tonę śmieci. Przykładowo, jeśli mamy 10 tysięcy deklaracji, a liczba odbieranych odpadów wskazuje, że powinno być ich na przykład 12 tysięcy, to oznacza, że 2 tys. osób nie płaci, a wydatki za nich ponosi gmina, czyli cała społeczność lokalna. Zdaję sobie sprawę, że ta opłata to obecnie jeden z najwyższych rachunków w domu, ale to nie samorządy ustalają zasady. Można byłoby obniżyć ten koszt chociaż w części, wystarczyłoby nie podnosić opłaty środowiskowej za składowanie odpadów. Niestety stawka cały czas rośnie, a to bezpośrednio wpływa na wysokość opłat.


Czyli ceny za wywóz śmieci będą rosły?


- Niestety. Nie pomaga temu uchwalane prawo. Podam przykład, który wraz z nie podnoszeniem stawki środowiskowej, mógłby znacząco wpłynąć na wysokość opłat. Obniżyć cenę odbioru można np. poprzez zmniejszenie częstotliwości odbioru odpadów z segregacji. Obecnie firma, która wygra przetarg na odbiór śmieci, musi to robić dwa razy w miesiącu. Mogła by raz i nikt by na tym nie ucierpiał, a koszt byłby niższy. Na taką zmianę nie pozwala jednak ustawa, która mówi o dwóch odbiorach. W efekcie samochody jeżdżą prawie na pusto, a my musimy za to płacić.

Materiał Promocyjny

REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA