fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

MEN kontra rodziny wielodzietne

123RF
Obcięcie subwencji na dzieci uczone w domu uderzy zwłaszcza w rodziny wielodzietne – uważają rodzice. Termin wprowadzenia zmian uznają za absurdalny.

Jerzy Potocki jest ojcem trójki dzieci, z czego dwoje jest w wieku szkolnym. Do szkoły jednak nie chodzą. Uczą się w domu. – Ale korzystają z oferty placówki tzw. macierzystej, do której są przypisane. Mają warsztaty logopedyczne, zajęcia z fizyki czy chemii – wylicza pan Jerzy.

Jest oburzony nowym rozporządzeniem ministra edukacji narodowej w sprawie zmniejszenia subwencji na dzieci w edukacji domowej.

Cięcie nawet o 60 procent

– Nie ma potrzeby finansowania uczniów spełniających obowiązek szkolny poza szkołą w wysokości pełnej kwoty subwencji przeznaczonej na uczniów kształcących się stacjonarnie – przekonuje Justyna Sadlak z biura prasowego MEN.

Teraz placówki na takiego ucznia dostaną średnio o 40–60 proc. mniej niż na tych, którzy uczą się stacjonarnie.

Resort edukacji tłumaczy, że szkoły, do których przypisani są tacy uczniowie, ponoszą tylko niewielkie koszty związane z ich klasyfikacją oraz z zapewnieniem ewentualnych zajęć dodatkowych.

Nikt się tego nie spodziewał

Ogłoszone 22 grudnia rozporządzenie będzie obowiązywać już od 1 stycznia.

– Termin wprowadzenia tych zmian jest absurdalny. Przepisy zmieniono tydzień przed końcem roku kalendarzowego, a przecież szkoły, które pomagają naszym dzieciom, mają nauczycieli na etatach. Nie zdążą ich zwolnić – zauważa Jerzy Potocki.

Na to samo zwraca uwagę Elżbieta Bednarz, dyrektor szkół Samuel, do których przypisanych jest ok. 30 uczniów korzystających z nauczania domowego. – Nowe rozporządzenie to wielki znak zapytania. Nikt się nie spodziewał, że subwencje na takich uczniów zostaną zmienione w połowie roku szkolnego – tłumaczy. Podkreśla, że szkoła ma plany pracy z takimi dziećmi i ich rodzicami rozpisane na cały rok.

Dyr. Bednarz dodaje, że uczniowie kształceni w domu – ich liczba przekroczyła w tym roku w Polsce 6 tys. – mają prawo przyjść na jeden dzień do szkoły, brać udział w zajęciach dodatkowych, wycieczkach, a to wszystko przecież kosztuje. – Nasi nauczyciele są w stałym kontakcie z rodzicami, służą im pomocą, przygotowują uczniów do klasyfikacji (szkoła stacjonarna sprawdza, czy uczeń kształcony w domu opanował podstawę programową – red.), za co dostają dodatkowe wynagrodzenia – mówi.

MEN: co ma do tego położenie szkoły

Elżbieta Bednarz zauważa, że subwencja dla uczniów w szkołach niepublicznych jest dużo niższa niż w tych publicznych, a teraz jej obcięcie sprawi, że nie będą one chętnie przyjmować uczniów z edukacji domowej. Jerzy Potocki dodaje, że obcięcie subwencji uderzy przede wszystkim w rodziny wielodzietne – chętnie kształcące w ten sposób swoje dzieci – zwłaszcza te z mniejszych ośrodków, bo tam cięcia będą wyższe niż w dużych miastach.

– Wyższe koszty kształcenia uczniów ze szkół zlokalizowanych na terenach wiejskich lub w miastach do 5 tys. nie dotyczą dzieci i młodzieży uczącej się w edukacji domowej, bo koszt ich kształcenia nie zależy od położenia szkoły – tłumaczy Justyna Sadlak.

Rodzice dołożą po kilkaset złotych

Marianna Kłosińska z warszawskiej Fundacji Bullerbyn mówi, że edukacja domowa przybiera różne formy.

– Najprostsza to kształcenie w domu przez rodziców, ale zdarza się też, że rodzice tworzą grupy edukacyjne, które wybierają konkretną formułę edukacyjną: czy to na zasadach Montessori, czy szkół demokratycznych – tłumaczy.

Jej fundacja od zeszłego roku wspiera Warszawską Grupę Unschoolingową, która działa w Warszawie i Świętochowie.

– Połowa subwencji ministerialnej szła na sprawy administracyjno-infrastrukturalne szkół macierzystych, a reszta na zajęcia dodatkowe, do których nasze dzieci mają prawo – tłumaczy. – Spodziewamy się, że rodzice będą musieli ze swojej kieszeni dołożyć kilkaset złotych do zajęć dodatkowych, aby to nauczanie odbywało się w takiej formule jak dotychczas, albo z części zajęć zrezygnować – mówi Kłosińska.

Resort edukacji deklaruje, że „szanuje wybór rodziców", którzy decydują się na edukację domową, i że po 1 stycznia 2016 r. zaprasza ich do rozmów.

Ale Elżbieta Bednarz pyta: – Dlaczego państwo traktuje te dzieci jako gorsze?

Sześciolatki nie będą musiały iść do szkoły

We wtorek odbyło się w Sejmie drugie czytanie ustawy nowelizującej system oświaty.

Poza likwidacją obowiązku szkolnego dla sześciolatków nowelizacja przewiduje, że od nowego roku szkolnego dzieci sześcioletnie urodzone do końca sierpnia będą mogły pójść do I klasy pod warunkiem odbycia rocznego przygotowania przedszkolnego. Jeśli nie będą go miały, będą musiały uzyskać pozytywną opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej. W przypadku dzieci sześcioletnich urodzonych od września do grudnia oprócz takiego rocznego przygotowania niezbędna będzie opinia poradni.

Nowelizacja ma umożliwić rodzicom sześciolatków, którzy w tym roku szkolnym posłali je do I klasy, zostawienie ich w niej na kolejny rok. Jednak do końca marca muszą złożyć odpowiedni wniosek. Wtedy dziecko nie będzie podlegało klasyfikacji rocznej, a tym samym nie uzyska promocji do II klasy. Do końca roku szkolnego taki uczeń będzie mógł dalej chodzić do szkoły lub korzystać z wychowania przedszkolnego w przedszkolu czy w oddziale przedszkolnym.

Projekt zakłada też zniesienie obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków oraz powrót do obowiązku szkolnego w wieku lat siedmiu i przedszkolnego dla sześciolatków. Zamiast obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków ma zostać wprowadzone prawo dzieci pięcioletnich do wychowania przedszkolnego. Utrzymane zostanie też prawo do wychowania przedszkolnego dla czterolatków.

PO i Nowoczesna są przeciwne zmianom. – Na pierwszy rzut oka wydają się sentymentalnym powrotem do przeszłości, w istocie dewastują system edukacji – mówiła Joanna Kluzik-Rostkowska, była minister edukacji.

Katarzyna Lubnauer z Nowoczesnej zwróciła uwagę na wady merytoryczne projektu. Jedną z nich jest odejście od obowiązkowego przygotowania przedszkolnego dla pięciolatków. Krytykowała też możliwość powtarzania nauki w I klasie na wniosek rodziców.

Andrzej Maciejewski (Kukiz'15) skrytykował sposób pracy nad projektem, m.in. brak konsultacji z samorządem terytorialnym. Jego klubowy kolega Tomasz Jaskóła pochwalił przywrócenie rodzicom prawa decydowania o wieku rozpoczynania nauki przez ich dzieci. —blik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA