fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Jak PiS zmieni polskie szkoły?

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Propozycje zmian w systemie edukacyjnym niepokoją samorządowców.

Zapowiedziana w poniedziałek przez minister Annę Zalewską reforma systemu edukacji wzbudza sporo emocji. Gubią się w niej rodzice, nauczyciele i samorządowcy. Ci ostatni mają spory problem, bo nie do końca wiedzą, jak połączyć likwidowane gimnazja ze szkołami podstawowymi. Przyznają też, że zapowiedzi resortu edukacji pokrzyżują im plany.

– Chcieliśmy zbudować dużą halę sportową przy największym gimnazjum, które funkcjonuje jako oddzielny budynek. Teraz musimy zrewidować nasze plany. Zamierzaliśmy też zbudować jeszcze jedną szkołę, ale że reforma zakłada skrócenie edukacji o rok, to zapewne tego obiektu nie będzie – mówi Grzegorz Benedykciński, burmistrz Grodziska Mazowieckiego.

Nie ukrywa, że jest rozczarowany reformą. – Sądziłem, że zmiany w oświacie będą sprzyjać profilowaniu uczniów i lepszemu wykorzystywaniu talentów – komentuje.

Kliknij w grafikę, aby ją powiększyć:

Odmiennego zdania jest Marek Olszewski, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP i wójt gminy Lubicz. Zwraca uwagę na to, że cykl edukacyjny wcale nie zostanie skrócony, bo wchodzą do niego dzieci sześcioletnie, na które samorządy dostaną subwencję.

Jednak i on jest zdania, że trudno będzie prowadzić jedną szkołę w kilku budynkach, które nierzadko są od siebie znacznie oddalone.

– Dyrektor takiej placówki będzie miał trudności w zarządzaniu. Część budynków szkolnych będzie za ciasna do pełnienia nowej roli, inne będą zbyt obszerne. Na przykładzie mojej gminy widzę, że dwie szkoły będę musiał rozbudować. Sześcioletnie mieściły wszystkich, ale ośmiu roczników już nie pomieszczą – mówi Olszewski.

Dodaje, że samorządy prawdopodobnie mniejsze budynki przeznaczą dla klas I–IV, a do większych skierują pozostałe roczniki. – Jednak i tak będziemy mieli do czynienia z nieprzewidzianymi wydatkami inwestycyjnymi – konstatuje.

Z kolei Grzegorz Sapiński, prezydent Kalisza, jeszcze nie wie, w jaki sposób miasto dostosuje się do wymogów zmian w edukacji.

– Planuję naradę na lipiec, wtedy zastanowimy się, jak w dłuższej perspektywie przygotować się na zmiany – mówi i przyznaje, że na pewno w przyszłorocznym budżecie będzie musiał uwzględnić likwidację gimnazjów.

Krytycy propozycji MEN twierdzą, że reforma pociągnie za sobą duże wydatki, na które państwa nie stać. Nie zgadza się z tym minister Anna Zalewska. W środę w programie #RZECZoPOLITYCE w telewizji „Rzeczpospolitej" mówiła, że samorządy nie będą musiały niczego budować, bo w Polsce mamy gigantyczny niż demograficzny. – To jest szansa, by wreszcie skończyć z dwuzmianowością – mówi Zalewska. – Mamy szansę dopracować się cywilizowanej szkoły, gdzie rodzic będzie mógł o godz. 8 zostawić dziecko i odebrać je o 16. Dziecko będzie miało odrobione lekcje, będzie po zajęciach dodatkowych, po obiedzie.

Szefowa resortu edukacji twierdzi, że reforma nie będzie kosztowna, bo musi zmieścić się w budżecie, który wynosi 42 mld złotych. – Szukam pieniędzy, którymi wesprę te wszystkie zmiany – przyznaje jednak.

W zapowiedzi reformy pogubili się też nieco rodzice. Bo nie wiedzą, wedle jakiego systemu będzie uczyło się ich dziecko.

Wiadomo, że gimnazjaliści, którzy we wrześniu tego roku zaczną pierwszą klasę, będą ostatnimi, którzy przejdą cały, trzyletni cykl gimnazjalny. Skończą je w czerwcu 2019 roku i od września rozpoczną naukę w trzyletnim liceum, które definitywnie zostanie wygaszone w roku 2022.

Z kolei uczniowie, którzy teraz skończyli piątą klasę, we wrześniu 2017 roku trafią do siódmej klasy szkoły powszechnej. Oni również trafią do liceum we wrześniu 2019 roku, ale skończą je w roku 2023. Będą bowiem szli według nowego schematu.

– Twierdzenia części mediów, że niektóre dzieci będą uczyły się rok dłużej, są bezpodstawne – mówi krótko MEN.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA