fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Edukacja

Premier dolewa oliwy do ognia w sprawie nauczycieli

Fotorzepa, Piotr Guzik
Słowa Mateusza Morawieckiego, które padły na antenie TVP o tym, że nauczyciel ma „troszkę więcej czasu wolnego” niż przedstawiciele innych zawodów, z pewnością nie można odczytywać jako próbę złagodzenia sporu z pedagogami. Ani tym bardziej jako próbę wsparcia w negocjacjach ze związkowcami minister Anny Zalewskiej. Przeciwnie – premier dolał oliwy do ognia i przekonał do konieczności przystąpienia do strajku nawet tych, którzy do tej pory nie byli do niego przekonani.

Na czas pracy nauczycieli zwykło się patrzeć z dwóch perspektyw. Gdy żądają podwyżek wytyka się im, że pensum czyli czas spędzany przy tablicy wynosi 18 godzin i jest jednym z najniższych w krajach OECD. Gdy żądają zapłaty za pracę po godzinach na radach pedagogicznych, dyskotekach, wycieczkach, zielonych szkołach, za sprawdzanie zeszytów, klasówek, liczenia frekwencji, pisanie sprawozdań czy wreszcie opisywanie każdej z osobna oceny w dzienniku elektronicznym słyszą, że ich etat to 40 godzin tygodniowo. Tak, jak każdej osoby zatrudnionej w Polsce na umowę o pracę.

W dodatku, często się z tym w regulaminowym czasie nie wyrabiają. Z analiz Instytutu Badań Edukacyjnych przeprowadzonych w 2013 r. wynika, że przeciętnie nauczyciel pracuje 47 godzin tygodniowo. Sporo, biorąc pod uwagę fakt, że są w Polsce nauczyciele, którzy nie zarabiaj nawet 2 tys. zł. To oznacza, że oddajemy im pod opiekę dzieci za mniej, niż wynosi najniższa krajowa.

Płaca nauczyciela nigdy nie należała do wygórowanych. Ale też nauczycielom nie było aż tak trudno jak obecnie. Reforma oświaty spowodowała, że wielu pedagogów odeszło z zawodu, a ci, którzy zostali, by wiązać koniec z końcem biorą nadgodziny lub pracują w kilku szkołach równocześnie – nawet w 5 czy 6. Upchniecie trzech lat gimnazjum w dwa ostatnie lata szkoły podstawowej to dodatkowe obciążenie nie tylko dla uczniów, ale także nauczycieli. Gniew rodziców spowodowany przeładowanymi programami i pracami domowymi także skupia się na nich. ­­­Wreszcie wydłużenie ścieżki awansu zawodowego o pięć lat, to dla nich kolejne obciążenie związane z jego realizacją a także strata realna finansowa, bo podwyżki związane z awansem przyjdą później.

Od stycznia wzrosły pensje w sektorze nauki i szkolnictwa wyższ­­­ego. W 2019 r. na pensje dla naukowców pójdzie 916 mln zł – o 7 proc. więcej niż wynosił fundusz płac w tym sektorze w 2017 r. Jak szacuje resort nauki, podwyżki obejmą 40,7 tys. nauczycieli akademickich, z tego 81 proc. adiunktów i 69 proc. asystentów, 19 proc. profesorów zwyczajnych, 10 proc. nadzwyczajnych i 35 proc. doktorów habilitowanych. Jak wysokie? Z danych MNiSW wynika, że pensja asystenta pójdzie w górę o 30 proc.

Nauczycieli szkół powszechnych jest jednak więcej – ponad 700 tys., więc wydatki z budżetu na podwyżki byłyby wielokrotnie większe. Ale faktem jest też, że minister Jarosław Gowin, który równocześnie jest wicepremierem i szefem jednego z koalicyjnych ugrupowań, ma na pewno znacznie większa siłę przebicia niż minister edukacji narodowej. I z pewnością, gdy pojawią się dodatkowe pieniądze w budżecie państwa, szybciej spłyną one do niego, a nie do MEN.

A Anna Zalewska, nie dość, że nie ma jak wywalczyć pieniędzy na podwyżki, to w dodatku musi to robić pod presją siedzących przed nią obrażonych i rozwścieczonych słowami premiera nauczycieli.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA