fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dyplomacja

Świt nowej ery na Bliskim Wschodzie

Cztery flagi w izraelskiej Netanii: USA, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Izraela i Bahrajnu
afp
Porozumienia Izraela z kolejnymi państwami arabskimi nie są przełomem, ale dają nadzieję na trwalszy pokój w regionie.

Oba dokumenty – porozumienie pokojowe ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i deklarację pokojową z Bahrajnem – podpisano we wtorek wieczorem w Białym Domu. Mają gwarantować pokój w regionie i przewidują nawiązanie stosunków dyplomatycznych. Zapowiedziano też trzeci dokument, przygotowany przez Biały Dom o planie pokojowym dla Bliskiego Wschodu.

Traktaty pokojowe z państwem żydowskim zawarły do tej pory tylko dwa państwa arabskie: Egipt w 1979 r. oraz Jordania 15 lat później. Teraz będą cztery. To niewiele, bo Liga Państw Arabskich liczy ponad 20 członków. Jednak obie umowy zasługują w pełni na miano historycznych, zmieniających pozytywnie polityczny pejzaż Bliskiego Wschodu, który od powstania państwa żydowskiego w 1948 r. cechowała wrogość arabsko-izraelska. Co doprowadziło do czterech wielkich wojen.

– Państw arabskich gotowych do zawarcia z nami pokoju będzie znacznie więcej – zapewnia premier Beniamin Netanjahu. Prawdziwym momentem przełomowym będzie zawarcie podobnego traktatu z Arabią Saudyjską. Wszystko ku temu zmierza.

Tajemnicza zawartość

Treść wtorkowego porozumienia uzgodnionego znacznie wcześniej ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi była utrzymywana w tajemnicy. Do chwili zamknięcia wydania wiele szczegółów porozumienia nie było znanych, co wywoływało znaczne kontrowersje, nie tylko w samym Izraelu.

Chodziło o to, na jakie koncesje zgodził się koalicyjny rząd Netanjahu. Czy o ogłoszoną już wcześniej rezygnację z zapowiadanej przez Izrael aneksji jednej trzeciej okupowanego Zachodniego Brzegu? Czy w grę wchodzi traktatowe zobowiązanie o zamrożeniu żydowskiego osadnictwa na ziemiach okupowanych oraz o uznanie prawa Palestyńczyków do utworzenia w przyszłości własnego państwa? Czy może Izrael zobowiązał się, iż nie będzie już oponował przeciw dostawom nowoczesnego amerykańskiego uzbrojenia (w tym samolotów F-35) do tych państw arabskich, które przestają po dziesięcioleciach być państwami wrogimi i stają się jego partnerami.

– Nawet tego rodzaju koncesje nie umniejszyłyby historycznego znaczenia porozumień z Emiratami i Bahrajnem. Wiele tajnych obietnic mogła tym krajom złożyć administracja amerykańska, czego się nie dowiemy – tłumaczy „Rzeczpospolitej” Awi Scharf, szef wydania online krytycznego wobec premiera Netanjahu dziennika „Haarec”. Zwraca uwagę, że brak akceptacji porozumień z dwoma państwami arabskimi ze strony izraelskiej opozycji i nawet obiekcje kilkuset tysięcy osadników żydowskich nie wpłyną na proces formalnego zatwierdzenia ich przez rząd, co faktycznie jest równoznaczne z ratyfikacją. Rzecz w tym, że prawicowa opozycja nie ma, po raz pierwszy od powstania państwa, przedstawicieli w koalicyjnym rządzie Netanjahu. Od strony izraelskiej sprawa jest jasna. Podobnie ze strony ZEA oraz Bahrajnu.

Lęk przed Iranem

Zdaniem „New York Timesa” oba kraje arabskie zawierają porozumienie z Izraelem w obawie przed ekspansjonistycznymi planami Iranu na Bliskim Wschodzie. Rywalizacja Teheranu i Rijadu ma być także motywem zbliżenia Saudyjczyków z Izraelczykami. BBC przypomina w tym kontekście, że do 1969 r. Iran był zdania, że Bahrajn to jego terytorium.

– To nie tylko wyraz obaw związanych z polityką Iranu, ale i zmianą pokoleniową w świecie arabskim, gdzie u steru rządów coraz częściej znajdują się władcy o pragmatycznym spojrzeniu na konflikt izraelsko-arabski – tłumaczy „Rzeczpospolitej” Richard Dalton, były brytyjski ambasador w Teheranie. Jest przekonany, że porozumienia staną się trwałym elementem bliskowschodniej polityki USA, nawet gdyby wybory prezydenckie wygrał Joe Biden zapowiadający nieco łagodniejszy kurs wobec Teheranu.

– To jasne, że wcześniej czy później Arabia Saudyjska zdecyduje się na porozumienie pokojowe z Izraelem – przekonuje Nadim Shehadi, dyrektor nowojorskiej filii Libańsko-Amerykańskiego Uniwersytetu w Bejrucie. Ale Saudyjczycy domagają się uznania prawa Palestyńczyków do samostanowienia w granicach przyszłego państwa.

Jego powstanie zakłada plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu Jareda Kushnera, zięcia prezydenta Trumpa i jego doradcy. Terytorialnie miałoby jednak zostać jednak mocno okrojone i bez prawa do powrotu ludności palestyńskiej na obszary będące obecnie terenem Izraela. Netanjahu zapewniał już, że jest przeciwny uznaniu rozwiązania znanego jako „two state solution”, czyli współistnienia niezależnego państwa palestyńskiego obok żydowskiego. Ale bywało też, że tego nie wykluczał. Tymczasem władze palestyńskie odrzucają konsekwentnie wszystkie amerykańskie inicjatywy połączone z obietnicą miliardowych korzyści finansowych. Porozumienie ZEA z Izraelem i Bahrajnem oceniają jako zdradę.

Trump liczy na Nobla

Mimo to po wtorkowej ceremonii w Białym Domu Bliski Wschód nie będzie już taki jak do tej pory. Amerykański prezydent ma nadzieję, że przejdzie do historii jako twórca pokoju w tym regionie.

– Trump doprowadził do pokoju na Bliskim Wschodzie i zasługuje na nagrodę Nobla – czytamy na kampanijnym Facebooku Trumpa, gdzie zresztą nazwisko fundatora nagrody napisano z błędem jako Noble. Prezydent USA ma już zresztą formalnie nominację. Nic za to nie słychać o nominacji Beniamina Netanjahu.

W 1994 r. zarówno ówczesny premier Izraela Icchak Rabin, jak i przywódca palestyński Jaser Arafat otrzymali pokojową nagrodę Nobla za podpisane rok wcześniej porozumienie o utworzeniu Autonomii Palestyńskiej. Miało to być początkiem nowej ery. Porozumienie to wiele zmieniło, ale nie doprowadziło do uregulowania konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Nie ma gwarancji, że teraz nie może być podobnie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA