fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Covid-19

Polska w dobie pandemii

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Znajdujemy się w okresie pandemii zakażeń koronawirusem Covid-19. Ale wciąż nie wiemy, jaki to będzie miało wpływ na nasze życie i pracę całego systemu ochrony zdrowia.

Od 39 lat pracuję jako lekarz. Zaczynałem, jak każdy z nas, od stażu w szpitalu, a następnie przeszedłem przez wszystkie szczeble kariery akademickej, od asystenta po profesora zwyczajnego. Jednakże nigdy w moim zawodowym życiu nic nie wywołało takich emocji i nie zmusiło do takich przemyśleń jak kiedyś stan wojenny, a teraz czas pandemii.

W 1981 roku byłem młodym lekarzem i doskonale pamiętam, jak ze Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu wywożono chorych, bo spodziewano się zamieszek i przygotowywano łóżka dla ewentualnych ofiar. 14 grudnia 1981 r. miałem dyżur w pogotowiu. Jeździliśmy na wezwania po pustych ulicach, co chwilę zatrzymywani przez kontrolujące wszystko wojskowe patrole. Nikt nie wiedział, co będzie dalej, ludzie bali się wychodzić z domu, dostęp do lekarza był utrudniony. Każdy musiał sobie jakoś radzić. I poradziliśmy sobie. Po latach, dzięki zrywowi solidarnościowemu – Polska się zmieniła.

Dzisiaj z powodu pandemii znowu mamy okres niepewności i obaw, do czego to doprowadzi. Sytuacja wszystkich nas zaskoczyła. Nie wiemy, jak to przełoży się nasze życie i zdrowie, na problemy ekonomiczne naszych rodzin i naszego kraju, na co będziemy mogli sobie pozwolić, a z czego trzeba będzie zrezygnować. Jedno wiemy na pewno. To się tak szybko nie skończy. Nawet jeśli zostaniemy zakażeni i wyzdrowiejemy, nie jesteśmy pewni, czy nabędziemy trwałej odporności, ponieważ zbyt krótki okres od pojawienia się tego wirusa uniemożliwia jednoznaczną odpowiedź. W bardzo wielu laboratoriach na świecie trwają prace nad szczepionką. Jest to zadanie trudne, gdyż wirusy mutują, nie u wszystkich zakażonych dają objawy chorobowe i jest ryzyko, że szczepionka nie będzie w pełni skuteczna.

Pomoc każdego dnia

Żaden kraj nie był na to przygotowany, a wirus dotarł wszędzie. Czy Stany Zjednoczone mogły się spodziewać, że Covid-19 w ciągu kilku tygodni pochłonie więcej ofiar niż wojna w Wietnamie? Wygłoszono wiele krzywdzących opinii na temat Włochów, że za późno zareagowali, jeśli chodzi o restrykcje. Tymczasem polscy lekarze, którzy powrócili stamtąd, opowiadają, ile się od włoskich kolegów nauczyli, gdyż na czas wyciągnięto tam stosowne wnioski profilaktyczne.

Zastanawiamy się, dlaczego więcej zachorowań jest we Włoszech, Hiszpanii czy Niemczech, a mniej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Czy to tylko kwestia niedoszacowania, a może tego, że wykonujemy mniej testów, czy ma to też uwarunkowania geograficzne lub genetyczne?

Jak na to zareagowała nasza służba zdrowia? Z pewnością pewne decyzje administracyjne, jak na przykład tworzenie szpitali jednoimiennych, były słuszne. Jednakże zwłaszcza na początku były i jeszcze zdarzają się kłopoty ze środkami ochrony osobistej. Mieliśmy także problemy z niedostatecznym przekazem i wiedzą, jak się zachować w sensie procedur dla medyków i współobywateli spoza tego kręgu.

W Polsce od dawna brakuje lekarzy i pielęgniarek. Teraz odczuliśmy to szczególnie boleśnie. Pozamykano oddziały, wstrzymano planowane zabiegi, dostęp do lekarza został utrudniony; liczył się tylko koronawirus! Dzisiaj wielu ludzi zastanawia się, czy to było właściwe i konieczne? I co to dało? Wiadomo, że wiele szpitali codziennie traci pieniądze, bo nie leczy chorych, nie wykonuje zabiegów, a przecież NFZ płaci za procedury. Skąd dyrektorzy wezmą pieniądze na pensje, prąd i inne tzw. koszty stałe? Bez pomocy rządowej te szpitale nie przetrwają.

Jeśli człowiek ma zawał, udar lub podejrzenie nowotworu, to koronawirus jest sprawą absolutnie wtórną. Chory potrzebuje pomocy natychmiast i mogło się zdarzyć, że tej pomocy nie otrzymał. Sądzę, że mamy o wiele więcej ofiar śmiertelnych z powodu koronawirusa, niż podają oficjalne statystyki. To są także ci wszyscy ludzie, którym nie zdążono udzielić pomocy, którzy zmarli, bo lekarz nie dojechał albo szpital tego chorego nie przyjął. W Belgii wszystkie nagłe utraty życia uznano za ofiary koronawirusa. To jest rozsądne i uczciwe, gdyż jest pokłosiem tego, co się wszędzie dzieje. W Polsce Narodowy Fundusz Zdrowia poinformował oficjalnie, że w pierwszym kwartale ubiegłego roku zostało zgłoszonych 22 tys. kart DILO (szybka ścieżka onkologiczna), w tym roku zaledwie dziesięć tysięcy. Co się stało z pozostałymi chorymi, przecież ludzie nie przestali nagle chorować? To są również ofiary i koszty pandemii, które kiedyś poniesiemy.

Brakuje kadry medycznej

Powinniśmy byli być przygotowani na to, co się stało. Jednak nie byliśmy. W Polsce mamy za mało specjalistów chorób zakaźnych, wirusologów i epidemiologów. Wielu lekarzy musiało się szybko przekwalifikowywać. Wszyscy dostaliśmy niesamowitą lekcję pokory, ale przede wszystkim to nauczka dla decydentów, dla rządzących: o pewne rzeczy trzeba dbać, pewne instytucje należy utrzymywać, nawet jeśli w danym momencie nie są potrzebne. Tak jak w czasie pokoju utrzymuje się armię.

Czy ta lekcja zostanie odrobiona? Tego nie wiem. Z pewnością odrobiło ją polskie społeczeństwo. Ludzie podporządkowali się reżimowi, pozamykali w domach, choć cenę za to niektórzy będą jeszcze długo płacić.

Jednak zupełnie niespodziewanie pojawiła się dość bolesna sprawa. Ludzie najpierw głośno klaskali pracownikom służby zdrowia, dziękowali, śpiewali na balkonach, by po kilku tygodniach znaleźli się i tacy, którzy niszczyli medykom samochody, wieszali kartki w blokach zakazujące lekarzom i pielęgniarkom wracać ze szpitala do domu, gdyż „narażają sąsiadów". Odmawiano im nawet prawa do kupna chleba!

To przerażające. Jakimi my jesteśmy ludźmi? Co z nas za społeczeństwo?

Ratownicy medyczni, pielęgniarki, lekarze, salowe, laboranci... wszyscy polscy pracownicy służby zdrowia doskonale zdali egzamin. Należą im się nie tylko oklaski. Ich koledzy w krajach europejskich otrzymali stosowne gratyfikacje finansowe i podwyżki, u nas nie słyszałem o takim fakcie.

Wiele spraw jest teraz do przedyskutowania i uregulowania. Najpilniejsza wydaje mi się kwestia zatrudniania na umowach śmieciowych ratowników medycznych. I wszyscy powinniśmy nad tym pomyśleć, bo to jest właśnie sprawa nas wszystkich. Każdy z nas wcześniej czy później, bez znaczenia, jakie ma poglądy, będzie potrzebował pogotowia i najczęściej trafi do szpitala. Szanujmy więc tych ludzi, szanujmy te miejsca. Czy naprawdę jest nam obojętne, że będzie nas operował zmęczony chirurg, usypiał anestezjolog będący od 20 godzin na nogach, a opiekowała się pielęgniarka po trzech dyżurach?

Komu teraz ma służyć administracyjny zakaz pracy tych ludzi w kilku miejscach? Przecież to głupota, o jakiej świat nie słyszał. Oni tyle pracują, nie tylko dlatego, że muszą żyć, ale dlatego, że jest ich za mało. Biegają od szpitala do szpitala i wiele placówek dzięki temu w ogóle funkcjonuje.

Podobnie powinniśmy się zatroszczyć o domy pomocy społecznej. Wszyscy. Dziś jesteśmy młodzi, zdrowi, mamy pieniądze, samochody i wycieczki, ale kiedyś będziemy starzy i nie wiemy, jak potoczy się nasze – dziś – tak dostatnie życie. I gdzie będziemy szukać pomocy. Pomyślmy o tym.

My, chirurdzy operujący głowę i szyję, a także nasi koledzy laryngolodzy, anestezjolodzy i stomatolodzy jesteśmy najbardziej narażeni na zakażenia. Dlatego jako prezes Europejskiego Towarzystwa Nowotworów Głowy i Szyi, które liczy trzy tysiące członków z 28 krajów, muszę też powiedzieć o dość niezwykłym dokumencie, opracowanym w bardzo krótkim czasie. Mówię o rekomendacjach dotyczących zabiegów w okresie pandemii. W szczegółach opisaliśmy, jak postępować i jak leczyć chorych z nowotworami głowy i szyi, są nawet wskazówki dla lekarzy, pielęgniarek i instrumentariuszek krok po kroku, jak się ubrać, co po kolei zakładać i zdejmować.

Uważam za wielki sukces fakt, że praca kolegów z całego świata, którzy przygotowywali ten dokument, została zaakceptowana i będzie wydrukowana w jednej z najlepszych gazet medycznych „The Lancet Oncology IF 38,8".

Zawarliśmy tam również wskazówki alternatywnego leczenia nowotworów u osób zakażonych koronawirusem, bo tu nie wolno czekać, aż minie pandemia. Ci ludzie muszą być natychmiast diagnozowani i leczeni, a my mamy obowiązek zapewnić im bezpieczeństwo.

W Wielkopolskim Centrum Onkologii z powodu wymogów sanitarnych musieliśmy inaczej zorganizować przyjęcia pacjentów, badania i zabiegi. Pracujemy wolniej, jednak nie odsyłamy chorych, i zrobimy wszystko, aby każdego dnia coraz szerzej otwierać dla nich nasze drzwi.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu i kierownikiem Katedry i Kliniki Chirurgii Głowy i Szyi w Wielkopolskim Centrum Onkologii w Poznaniu. Jest również prezydentem Europejskiego Towarzystwa Nowotworów Głowy i Szyi oraz partnerem medycznym szpitala św. Wojciecha w Poznaniu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA