fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Budżet i Podatki

Obniżka PIT, czyli radość na krótką metę

Adobe Stock
Czy Polska jest już krajem tak bogatym, że może równocześnie mocno zwiększać wydatki z państwowej kasy i zmniejszać strumień płynących do niej pieniędzy?

Nic tak nie cieszy podatników, jak obniżka podatków. I rząd wyszedł naprzeciw tym oczekiwaniom. Przyjął projekt ustawy, który obniży niższą ze stawek PIT z 18 do 17 proc. Dodatkowo w górę pójdą kwotowe limity kosztów uzyskania przychodu. Koszty odpisujemy od przychodów, dzięki czemu dochód jest niższy. W efekcie podatek naliczany od dochodu też jest niższy. Wyższe koszty to zatem niższe podatki. – Z nowych rozwiązań skorzysta ponad 25 mln Polaków zarówno pracujących na etacie, wykonujących dzieło czy zlecenie, prowadzących działalność gospodarczą, jak też emerytów i rencistów – reklamuje te zmiany Ministerstwo Finansów.

Wszystko to przełoży się na spadek dochodów budżetów państwa i samorządów o blisko 10 mld zł rocznie. Podatnicy zyskają wedle wyliczeń resortu finansów po kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Tym więcej, im więcej zarabiają. Przy pensji na poziomie wynagrodzenia minimalnego niespełna 40 zł, przy przeciętnym wynagrodzeniu – nieco ponad 60 zł. Czy takie oszczędności są warte świeczki? Można się o to spierać.

Ale ta gra ma też drugą stronę. Do tej pory żyliśmy w przekonaniu, że chcąc ulżyć obywatelom i nie naruszyć przy tym stabilności finansów państwa, rząd może albo zwiększyć wydatki, na przykład na cele socjalne, albo zmniejszyć podatki. Z reguły było zresztą tak, że zwiększenie wydatków pokrywane było, mniej lub bardziej jawną, podwyżką podatków. Teraz rząd próbuje utrzymać nas w przekonaniu, że można inaczej. I do niespotykanego dotąd na taką skalę zwiększania wydatków budżetu państwa – wystarczy wspomnieć dodatki na dzieci z programu 500+, których koszt sięgnie zaraz astronomicznej kwoty 40 mld zł rocznie, obniżkę wieku emerytalnego czy 13. emeryturę – dodaje obniżkę podatków. Był już niższy CIT dla niedużej części firm i zerowy PIT dla młodych. Teraz będzie jeszcze ten niższy PIT dla pozostałych podatników.

Czy to się może pospinać? To znaczy, czy budżet i finanse państwa to wytrzymają? Na zdrowy rozum – nie ma na to szans. Wie to każdy, kto prowadzi gospodarstwo domowe. Nie da się zarabiać mniej, a wydawać więcej i więcej. Jeśli chce się tak żyć, trzeba się zadłużyć albo poszukać dodatkowego zarobku. Z budżetem państwa jest podobnie. Nie da się bez końca, w szaleńczy wręcz sposób, zwiększać wydatków, jednocześnie osuszając strumień pieniędzy płynących do kasy państwa. Na zmianę polityki wydatkowej rządu się nie zanosi, czeka nas więc albo wzrost deficytu, albo podwyżki podatków. Albo i jedno, i drugie. Nie jest zresztą tak, jak mówi rząd, że podatki nie rosną. Bo rosną albo pojawiają się nowe. Wystarczy wspomnieć podatek bankowy, podatek od galerii handlowych i biurowców, dodatkowy PIT od wysokich pensji czy odłożone na „święty nigdy", a obiecane przed poprzednimi wyborami, obniżkę stawek VAT oraz podwyżkę kwoty wolnej od podatku. A na horyzoncie widać już kolejną znaczącą podwyżkę – po likwidacji progu naliczenia składek na ZUS więcej zapłacą osoby z wysokimi dochodami. Tak więc obok obniżek, którymi rząd się chwali, są podwyżki, którymi chwali się mniej. Czy wystarczą na pokrycie rosnących wydatków? Ekonomiści mówią, że nie. Zwłaszcza gdy gospodarka będzie się kręcić wolniej.

Nie od dziś wiadomo, że kampania wyborcza jest zagrożeniem dla stabilności finansów państwa. Próby przypodobania się wyborcom kosztują. Zwłaszcza jeśli przy władzy są populiści. Obniżka stawki PIT i podwyżka kwot kosztów uzyskania przychodu mają obowiązywać od początku października. Czyli wejdą w życie tuż przed wyborami do Sejmu i Senatu. To rozwiewa wątpliwości – jeśli ktoś w ogóle takie miał – że chodzi w tym wszystkim o jakieś przemyślane rozwiązanie systemowe. O próbę sensownego wzmocnienia grup społecznych, które wsparcia państwa potrzebują. Nie, to jest zwykła kiełbasa wyborca, rzucona podatnikom na żer. A na końcu, gdy kasa państwa zaczyna świecić pustkami, za skutki rozdawnictwa i życie na kredyt, i tak płacą podatnicy. To tym boleśniejsze, gdy to życie jest organizowane bez głowy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA