fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Skutki Brexitu: Europejska armia bez Brytyjczyków

Lutowe wspólne ćwiczenia żołnierzy niemieckich i holenderskich w Górnych Łużycach.
AFP
Brexit może się stać początkiem wspólnej polityki obronnej Unii Europejskiej.

W tym tygodniu apel o większą współpracę w dziedzinie obrony można było usłyszeć z dwóch różnych miejsc: włoskiej wyspy Ventotene, gdzie spotkali się przywódcy Włoch, Francji i Niemiec, oraz z Pragi, gdzie premier Czech spotkał się z dyplomatami.

Bohumil Sobotka powiedział wprost o konieczności stworzenia w dłuższej perspektywie europejskiej armii, o czym w ostatnich miesiącach mówili tak różni politycy, jak federalista Jean-Claude Juncker (szef KE) i eurosceptyk Jarosław Kaczyński.

Apele nasiliły się po negatywnym wyniku referendum w Wielkiej Brytanii. Oznacza on osłabienie zdolności wojskowych UE, ale jednocześnie pozbycie się kraju, który zawsze blokował wojskowe ambicje Unii z obawy przed tworzeniem konkurencji dla NATO.

Z czysto wojskowego punktu widzenia Brexit oznacza dla UE poważne osłabienie. Według danych Europejskiej Agencji Obrony Wielka Brytania ma największy budżet obronny w gronie 27 państw UE (bez Danii, która do EAO nie należy). Jej wydatki na ten cel stanowią aż 26 proc. budżetów wszystkich państw UE. Jej wojskowi to 10 proc. personelu militarnego Unii.

Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE Francja pozostanie jedyną atomową potęgą. Te dwa kraje do tej pory najbardziej angażowały się też w zagraniczne misje. Oczywiście gwarancje bezpieczeństwa dla Europy ze strony Wielkiej Brytanii nie znikną, bo wynikają nie z unijnych traktatów, tylko z członkostwa w NATO. Ale UE jeszcze trudniej będzie realizować misje wojskowe poza jej granicami. Chyba że osłabienie ilościowe skompensuje jakościowym skokiem we współpracy wojskowej, o co apelują niektórzy politycy.

Najbardziej konkretny plan przedstawili Włosi. Ministrowie spraw zagranicznych i obrony tego kraju proponują stworzenie obronnego Schengen, czyli ograniczonej do grupy krajów większej współpracy w dziedzinie obronności na wzór obszaru bez kontroli granicznej. – Obronne Schengen ze wspólnymi batalionami i ściślejszą współpracą wywiadowczą to jeden z głównych postulatów Włoch odnoszących się do integracji europejskiej po Brexicie – mówi „Rz" Slivia Francescon, ekspertka European Council for Foreign Relations w Rzymie.

Ministrowie Paolo Gentiloni i Roberta Pinotti podkreślili, że na początku nie wszystkie kraje mogą być chętne, więc trzeba zacząć w węższym gronie. „Nie chodzi o tworzenie europejskiej armii składającej się z sił zbrojnych wszystkich państw UE" – napisali w artykule opublikowanym we włoskiej i francuskiej prasie. „Ale o siły międzynarodowe, ze wspólnym dowództwem, ustalonym budżetem i udzielonym z góry mandatem do działania, które mogłyby być używane zarówno w misjach pod flagą UE, jak i w tych realizowanych przez NATO czy ONZ".

Wspólne misje nie są niczym nowym. Od 2003 roku, gdy powstała wspólna unijna polityka bezpieczeństwa i obrony, zrealizowano 37 takich przedsięwzięć. W znakomitej większości wypadków są one jednak realizowane na małą skalę, często z wykorzystaniem personelu cywilnego. Tam, gdzie naprawdę używa się zdolności wojskowych, trudno o porozumienie.

– Istnieją europejskie grupy bojowe, ale nigdy nie zostały wykorzystane – zauważa w rozmowie z „Rz" Paul Ivan, ekspert think tanku European Policy Centre w Brukseli. Dlatego w Libii, Mali czy Republice Środkowoafrykańskiej państwa europejskie (w praktyce Francja) angażowały się na własny rachunek. Co więcej, dynamika wspólnych unijnych misji w ostatnich latach spadła, a proporcja żołnierzy, których można by wysłać na zagraniczne misje, nie rośnie. Jest więc rozbieżność między politycznymi deklaracjami a konkretnymi decyzjami, które już można podejmować, bez tworzenia europejskiej armii.

Problem jest przede wszystkim polityczny.

– Jakiekolwiek wspólne operacje wymagałyby jednomyślności. Wspólne dowództwo decydowałoby o wysłaniu żołnierzy w zapalne miejsce. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby państwa członkowskie zgodziły się na taką utratę suwerenności. Nawet te, których przywódcy dziś nawołują do stworzenia europejskiej armii – uważa Paul Ivan.

Przykładem niechęci do większej współpracy była reakcja na apel Francji o solidarność po zamachach w Paryżu w listopadzie. Przywołała, po raz pierwszy w historii, artykuł unijnego traktatu nakazujący wzajemną pomoc w sytuacji zagrożenia. Chciała wsparcia w jej misjach zagranicznych nastawionych na walkę z terroryzmem, żeby przesunąć własny personel z zagranicy do Francji. W Brukseli na apel pozytywnie odpowiedzieli ministrowie wszystkich krajów UE, w tym Antoni Macierewicz. Gdy przyszło do konkretnych decyzji, wsparcie okazały tylko Wielka Brytania i Niemcy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA