fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Boks

Adamek wygrał w Gdańsku

Tomasz Adamek (z prawej) po walce z Solomonem Haumono: – Do zobaczenia wkrótce
PAP, Adam Warżawa
Tomasz Adamek nie zawiódł i w Gdańsku pokonał Solomona Haumono.

Punktacja (99:91, 99:91, 100:90) nie pozostawia wątpliwości, kto był w tej dziesięciorundowej walce lepszy. – Jak jest szybkość, to nikt mnie nie pokona – mawia od dawien dawna Adamek i jest w tym sporo prawdy. 41-letni były australijski rugbysta nie miał nic do powiedzenia, choć ambicji i odporności na ciosy nie można mu odmówić. Od pierwszego do ostatniego gongu próbował znokautować naszego byłego mistrza świata wagi półciężkiej i junior ciężkiej, jednak był za wolny.

– To kawał chłopa, mocno bije, ale byłem dla niego za szybki i nie mógł mi nic zrobić – powiedział „Rzeczpospolitej" o rok młodszy od Australijczyka Adamek. Potwierdził też, że walka wisiała na włosku, gdyż podczas przygotowań w Osadzie Śnieżka w Łomnicy okazało się, że ma złamane dwa żebra. Ale na szczęście wrócił do sparingów i w Ergo Arenie okazało się, że wciąż potrafi wygrywać.

To jego 51. zwycięstwo. W długiej, blisko dwudziestoletniej już zawodowej karierze pokonali go tylko Chad Dawson, Witalij Kliczko, Wiaczesław Głazkow, Artur Szpilka i Eric Molina.

Czekamy na jesień

Adamek twierdzi, że walka z Haumono była dla niego sparingiem. O złamanych żebrach nie myślał. – Kiedyś biłem się z Paulem Briggsem o pas WBC w wadze półciężkiej ze złamanym nosem, więc złamane żebra miałyby mnie teraz powstrzymać?

Co ciekawe, Australijczyk Briggs to dobry znajomy Haumono. Przed laty Solomon był jego sparingpartnerem. Oglądał więc i podziwiał dwie wojny swojego krajana z Adamkiem. Nie sądził, że przyjdzie mu po latach walczyć z nim w Polsce.

Adamek pytany, co dalej, mówi, że to jeszcze nie koniec. – Do zobaczenia wkrótce – to jego słowa, jeszcze w ringu na zakończenie rozmowy z Mateuszem Borkiem, który podczas Polsat Boxing Night 7 był w kilku rolach. To on zorganizował galę „Nowe Rozdanie", to on i jego firma MB Promotions była na tej gali promotorem Adamka.

I po cichu już mówi się o wielkiej walce z udziałem „Górala" jesienią tego roku.

Adamek nie potwierdza i nie zaprzecza. – Mały Adamek, duża walka – żartuje w swoim stylu.

– Ja tylko walczę, teraz wracam do swojego domu w New Jersey, do żony i córek. Jak Mateusz Borek znajdzie mi dobrego rywala i dutki będą się zgadzać, to wsiadam w samolot, by znów zameldować się w Osadzie Śnieżka na kolejne dziewięć tygodni. Oczywiście żona musi wyrazić zgodę, będę ją o to prosił – mówił z uśmiechem dziennikarzom.

Jedno jest pewne, Adamek nie chce jeszcze kończyć kariery. Praca z nowym trenerem, Gusem Currenem, przypadła mu do gustu. Polubili się, jest między nimi chemia, a Curren wie, jak mu pomóc. Najważniejsze, że rozpalił w nim nowy ogień. Oczywiście trudno wyobrazić sobie dziś wygrane Adamka z najlepszymi pięściarzami wagi ciężkiej, ale jest kilku znanych wojowników, z którymi może powalczyć o zwycięstwo. Tyle że byłaby to walka poza Polską. Jest też drugi wariant, pojedynki z Polakami (Krzysztof Zimnoch, Artur Szpilka), ale ta pierwsza opcja kusi bardziej.

Z kopalni na ring

Najważniejsze, że Adamek chce ciężko pracować i wierzy, że jeszcze wiele przed nim. Lepszy niż w najlepszym okresie swojej kariery już nie będzie, ale może się jeszcze poprawić w stosunku do tego, co wnosił do ringu ostatnimi laty. Nikt nie wie jednak, gdzie go to zaprowadzi.

Oprócz Adamka w gdańskiej Ergo Arenie oglądaliśmy też zwycięstwa innych polskich pięściarzy. Naszemu ostatniemu mistrzowi świata, Krzysztofowi Głowackiemu, nie sprostał niepokonany wcześniej Hizni Altunkaya; Niemca tureckiego pochodzenia Głowacki rzucił na deski trzy razy i zniechęcił do kontynuowania pojedynku. „Główka" jest głodny wielkich walk i wielkich zwycięstw, jak sam twierdzi, wygra z każdym na świecie.

To samo mówi Maciej Sulęcki, który zatrzymał Argentyńczyka Damiana Ezequiela Bonellego. Ale zarówno Altunkay, jak i Bonelli nie zaliczają się nawet do szerokiej czołówki światowej, więc na wiarygodne testy obu Polaków musimy poczekać.

Z trudem swój pojedynek wygrał Mateusz Masternak, były mistrz Europy. Ukrainiec Ismaił Siłłach, kiedyś wicemistrz świata amatorów (2005) i pretendent do mistrzowskiego pasa WBO w wadze półciężkiej (przegrał przez nokaut z Siergiejem Kowaliowem), zgodnie z oczekiwaniami wysoko zawiesił mu poprzeczkę. Niewiele brakowało, by „Master" schodził z ringu pokonany. Obaj leżeli na deskach, obaj mieli lepsze i gorsze chwile, ale walka mogła się podobać.

Warto jeszcze wspomnieć Adama Balskiego (waga junior ciężka), który wygrał przed czasem z Łukaszem Janikiem. Choć Balski ma już 26 lat, może być pięściarzem światowego formatu, szkoda byłoby ten talent zmarnować.

Warto byłoby też jeszcze raz wyciągnąć rękę do Roberta Talarka, tak jak to zrobił teraz Borek. Takich jak on jest na świecie niewielu. Codzienna praca w kopalni, ciężkie bokserskie treningi i studia na ukończeniu. Lada chwila elektromonter z kopalni Bielszowice w Rudzie Śląskiej będzie inżynierem i stanie przed życiowym wyborem, bo jak powiedział „Rz", dalej chce zjeżdżać pod ziemię.

Talarek zmierzył się w sobotę z faworyzowanym Norbertem Dąbrowskim i wygrał zdecydowanie, tak jak wygrywa z regionalnymi mistrzami w innych krajach, a lokalni faworyci nie mogą zrozumieć, co się dzieje, gdy podnoszą w górę rękę szczupłego, wysokiego Ślązaka.

Mateusz Borek, organizując tę galę, miał pomysł, by pokazywać takich mistrzów z bokserskiego cienia jak Talarek. Oby nie zaniechał tego przy kolejnej imprezie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA