fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Boks

Agata Wróbel: Chciała mieć dom

PAP, Bartłomiej Zborowski
Agata Wróbel po długiej walce z sobą zdecydowała się poprosić o pomoc. Odzew przeszedł jej oczekiwania, obiecuje, że teraz upora się ze zmorami.

Dwukrotna medalistka olimpijska, mistrzyni świata, trzykrotna mistrzyni Europy. To największe sukcesy Agaty Wróbel, ale nazywanie jej gwiazdą byłoby jednak przesadą, choć większość kibiców na przełomie wieków wiedziała, kim jest dziewczyna z Jeleśni pod Żywcem. Nigdy nie pokochała mediów, a i one nie do końca wiedziały, jak tę dźwigającą wielkie ciężary dziewczynę pokazywać. Nie chciała wywiadów, stroniła od szumu, a dziś musi prosić o pomoc.

Na portalu zrzutka.pl opublikowała apel o dofinansowanie. Apel, na który ludzie odpowiedzieli zresztą z wielkim sercem. Wróbel prosiła o 20 tys. zł, ale gdy o zrzutce napisały największe media, suma wielokrotnie przekroczyła tę oczekiwaną.

Codzienne lęki

Prośba mistrzyni jest przejmująca: „Kiedy odnosiłam sukcesy, starałam się pomagać ludziom wokół mnie (...) Choruję na cukrzycę i mam neuropatię cukrzycową, która powoduje ciągły ból w rękach i stopach. Muszę codziennie przyjmować silne środki przeciwbólowe Koszty tych leków są kolejnym obciążeniem. Głęboka depresja, lęki, napady paniki towarzyszą mi codziennie. Szukam pomocy, aby móc stanąć na nogi, spłacić zobowiązania, odnaleźć siebie sprzed lat. Każdy ma swoje problemy, choroby, dobre, złe dni, każdy ma swoją historię życia, której nie da się opowiedzieć w parunastu zdaniach. Wiem, że miałam wielu fanów, gdy rywalizowałam na pomoście; jeśli niektórzy z nich to widzą i czują, że chcieliby mi pomóc i przekazać nawet najmniejszą kwotę, byłabym bardzo wdzięczna". Najbardziej dramatyczne jest jednak wyznanie na koniec: „Nie wiem, czy moja głowa wytrzyma to upokorzenie".

– Ostatnio nasz cały kontakt to było wysyłanie sobie życzeń na święta czy urodziny – mówi „Rzeczpospolitej" Danuta Soćko, była trenerka Agaty Wróbel. Wraz z mężem Ryszardem prowadziła ośrodek przygotowań olimpijskich w Siedlcach, do którego trafiła nastoletnia Agata. – Mąż jeszcze do niedawna utrzymywał z Agatą kontakt, ale też im się ostatnio urwał.

Relacji z koleżanką z reprezentacji nie ma już także Szymon Kołecki. – Ze mną Agata się ostatnio nie kontaktowała – przyznaje otwarcie, chociaż dodaje, że w trakcie kariery się przyjaźnili. – Dlatego też byłem świadom znacznej części jej problemów, szczególnie tych zdrowotnych. Wiele osób próbowało jej pomóc, ale ona nigdy nie chciała nikogo obarczać swoimi kłopotami. Zawsze była twarda.

Wróbel w tym roku skończy 38 lat. Pochodzi z Jeleśni – czterotysięcznej wsi. Była dziewiątym dzieckiem w rodzinie. Mama Lucyna zmarła w 2016 roku. Ojciec Adam zwykle szukał pracy. Gdy Agata zdobywała srebro i brąz na igrzyskach (Sydney 2000 i cztery lata później w Atenach), dziennikarze chcieli opowiedzieć o jej życiu, ale mało komu się udało. Mniej lub bardziej między wierszami dawało się jednak wyczytać, że łatwego dzieciństwa nie miała.

Nieco się otworzyła w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej", który przeprowadził z nią przed 15 laty Andrzej Łozowski. Pytana, jakie miała dzieciństwo, odpowiedziała: – Przykre i niechętnie o tym rozmawiam. Byłam dużą i silną dziewczyną w porównaniu z rówieśnikami. Nie lubiły mnie nauczycielki, nie lubiły koleżanki. Kiedy poszłam do szkoły, zawsze byłam inna. Jest to jedno z moich najsmutniejszych wspomnień.

We wrześniu 1996 roku mama kazała jej rzucić szkołę. Tak przynajmniej pisze w reportażu opublikowanym w „Wysokich Obcasach" w styczniu 2001 roku Irena Morawska: „Chciała być kucharką, ale w okolicach rodzinnej Jeleśni zabrakło szkoły gastronomicznej. W Żywcu była krawiecka. Zostanie krawcową – ucieszyła się. W dniu rozpoczęcia roku szkolnego matka zgasiła jej zapał: »Geniusza z ciebie nie będzie. Zostaw szkołę, zajmiesz się siostrą«. Agata płakała: chce być krawcową, a nie niańką! Ale matka zaparła się. Jak to góralka. Ojciec kręcił się za pracą, matka w firmie składała podzespoły elektryczne do samochodów. Agata miała szesnaście lat, sto kilo wagi i ani jednej koleżanki".

Zaledwie cztery lata później, po drugiej stronie kuli ziemskiej, w Sydney odległym o 16 tys. km od Jeleśni, Agata stała na podium ze srebrnym medalem olimpijskim na szyi. Wcześniej trafiła jednak do Siedlec, gdzie pod okiem państwa Soćko trenowała i uczyła się w technikum ogrodniczym. Tam też dostała swoje pierwsze w życiu łóżko tylko dla siebie. Pierwszy raz do samolotu wsiadła w 1998 roku. Poleciała na mistrzostwa Europy juniorów. W drogę powrotną wsiadała na pokład już jako mistrzyni.

Nie zgłosił się żaden sponsor

Ciężary dały jej medale i pieniądze. Nie były to jednak sumy zawrotne, nie można ich porównywać do tego, co dziś by zarobiła jako dwukrotna mistrzyni świata. Agata faktycznie wszystkim pomagała. Rodzicom w pierwszej kolejności, ale nie tylko im. – Ona zawsze była bardzo wrażliwa i dobra. Sama nic nie miała, więc rozumiała, jak to jest być biednym. Koleżankom kupowała sukienki na studniówkę – wspomina Danuta Soćko. – Po zawodach w Tarnowskich Górach podszedł do nas zapuszczony dziadek ze zdezelowanym rowerem. Mówił, że jest głodny, i prosił, by mu kupić coś do jedzenia. Agata się rozpłakała i oddała mu wszystkie pieniądze, jakie miała. Musiałam się upewnić, że zostanie nam na bilet powrotny do Siedlec.

W wywiadzie dla „Rz" opowiadała, że była wrażliwa nie tylko na ludzką krzywdę. Wspominała, jak wzięła szczeniaka od jednej z koleżanek z kadry. – Kiedy go wiozłam w pudełku kartonowym, a jest to kawałek drogi z Łodzi do Jeleśni, patrzyłam na niego bez przerwy i z każdym kilometrem bardziej go kochałam. Małe psy mają to do siebie, że kocha się je coraz bardziej, a nie coraz mniej. Nie rozumiem, jak można coś tak słodkiego wyrzucić z samochodu na pobocze i zostawić na śmierć głodową.

Pani Soćko jest zdania, że pieniądze się Agacie po prostu „rozeszły". Żyła wyłącznie z tego, co zarobiła na podrzutach i rwaniu. Nie zgłosił się żaden sponsor, nikt nie zechciał, aby reklamowała jego produkty. – Jestem przekonana, że dziś wyglądałoby to inaczej. Że znalazłaby się firma, która wiedziałaby, jak wykorzystać Agatę. Jak pokazać jej dobre serce i wrażliwą duszę – mówi pani Danuta.

Wróbel niespodziewanie skończyła karierę w 2006 roku. Miała 25 lat. Wyjechała do Anglii, słuch o niej zaginął, aż okazało się, że pracuje w sortowni śmieci. Państwo Soćko namówili ją do powrotu na pomost w 2009 roku, ale to już nie było to samo. – Dźwiganie ciężarów to przede wszystkim tytaniczna praca i  mnóstwo wyrzeczeń. Bardzo trudno wrócić do takiego rygoru po dłuższej przerwie – opowiada pani Danuta. – Widać było po Agacie, że liczy na odmianę losu, ale czegoś zabrakło.

Od pewnego czasu było wiadomo, że cierpi na cukrzycę, ma problemy z nadgarstkiem, że zaczęły się kłopoty finansowe. Bardziej o tym szeptano, gdyż mało kto miał do niej dostęp, o regularnym kontakcie nie wspominając. – Gdy byłem prezesem Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów, pani Danuta prosiła mnie, żebym znalazł coś dla Agaty. Jakąś pracę, jakiś sposób, by jej pomóc. Przyznam jednak szczerze, że mi się nie udało – mówi „Rz" Szymon Kołecki.

Biały lub zielony

16 stycznia wieczorem – trzy dni po rozpoczęciu zbiórki i po wielkim odzewie, z jakim akcja się spotkała – Agata Wróbel napisała dwa komentarze, dziękując wszystkim, którzy ją wsparli: „Witam wszystkich, sama nie wiem, jak zacząć... Chciałam po prostu z całego mojego góralskiego walecznego zagubionego serducha podziękować każdemu, kto zechciał wysłuchać mej prośby i mi pomóc... Poprosiłam o pomoc, ponieważ nie widziałam innego wyjścia. A Wy mnie nie zawiedliście! Onieśmieliło mnie to, zaskoczyło, zszokowało. Nie spodziewałam się takiego odzewu i takiej pomocy. Ze łzami w oczach dziękuję wszystkim. Dziś wiem, że można poprosić o pomoc i to nie jest nic złego" – czytamy w pierwszym wpisie. Po dwóch godzinach dodała kolejny, w którym osobne podziękowania kieruje w stronę ministra sportu Witolda Bańki, któremu jest wdzięczna za zapowiedź znalezienia pracy. „Dużo to dla mnie znaczy i nigdy tego nie zapomnę. Zrozumcie tylko wszyscy, o co was szczególnie proszę, tak po ludzku. Muszę doprowadzić się do dobrego stanu psychicznego. Wierzcie lub nie, to wymaga czasu i walka na pomoście trwa. Nie poddam się, bo wiem, że mam o co walczyć! Potrzebuję tylko teraz tego wszystkiego, co mnie naprawdę onieśmieliło, spokoju i psychicznej stabilizacji i uporania się z moimi zmorami" – pisze w dość chaotycznej formie mistrzyni.

Pytanie, czy tym razem Agata Wróbel przyjmie wyciągniętą rękę. Czy da sobie pomóc? Zbiórka odbywa się na „nowy start w życiu". Kiedyś miała sprecyzowane marzenia. Chciała domu. Z dziećmi, psami, „w ostateczności z mężem", jak mówiła Andrzejowi Łozowskiemu. Tak samo pisze w swoim reportażu Irena Morawska. Różnią się te wersje tylko kolorem domu – u nas miał być zielony, w „Wysokich Obcasach" biały. Wszystko jedno jaki, z pewnością na niego zasłużyła.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA