fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze ekonomiczne

Początek rozpadu wspólnego rynku

Fotorzepa/Maciej Zienkiewicz
Europejskie problemy polskich firm transportowych to skutek ich sukcesu. Jadąc zachodnimi autostradami, co chwilę mija się ciężarówki na polskich numerach. Nasze firmy zdobyły ponad jedną czwartą rynku przewozów międzynarodowych, co daje Polsce pierwsze miejsce w Europie. Polska flota tirów ze średnią wieku dwa lata jest najnowsza i najnowocześniejsza. Co ważne, to sektor zbudowany bez pomocy państwa i funduszy unijnych.

Nasza dominacja nie podoba się na Zachodzie, a rządy są pod coraz silniejszą presją populistów. Niemcy jako pierwsi wprowadzili obowiązek stosowania wysokiej lokalnej płacy minimalnej, który bije w polskie firmy. W połowie ubiegłego roku prawdziwe armaty wytoczyli Francuzi. Obok lokalnej płacy minimalnej wynoszącej prawie 10 euro za godzinę wprowadzili kosztowne bariery biurokratyczne, m.in. obowiązek utrzymywania lokalnego przedstawicielstwa. Przeciw firmom przewozowym z Polski i innych nowych krajów UE rozpętano na Zachodzie medialną nagonkę, zarzucając im dumping socjalny i nieuczciwą konkurencję. We Francji polscy kierowcy tirów zajęli miejsce „polskiego hydraulika".

Teraz do gry weszła Bruksela, która mimo protestów Elżbiety Bieńkowskiej, unijnej komisarz do spraw rynku wewnętrznego i usług, ma zaproponować bardzo niekorzystne dla Polski przepisy dotyczące międzynarodowego transportu drogowego. Kierowcy byliby obejmowani lokalnymi regułami, m.in. płacy minimalnej, już po przekroczeniu trzech dni jazdy za granicą (traktowani byliby wówczas jak pracownicy delegowani). Gdyby te przepisy objęły wszystkie kraje, uderzyłyby mocno w polskie firmy, które mają bardzo niskie marże i są mocno zadłużone. Kolejne nawet niewielkie obostrzenia skończą się dla wielu z nich bankructwem. To grozi zwłaszcza mniejszym firmom, a w Polsce ogromna większość ma od trzech do pięciu pojazdów.

Elżbieta Bieńkowska już kilka lat temu krytykowała zakusy zachodnich krajów Unii: „Nie można tego tak zostawić, bo grozi to rozwaleniem głównej idei Unii Europejskiej, czyli wolnego przepływu osób i towarów" – przekonywała. Miała rację. Zasadne jest pytanie, po co w takim razie przyjmowano Polskę i inne biedne kraje do UE i tyle nam opowiadano o dobrodziejstwach wolnego wspólnego rynku, skoro teraz się go ogranicza i zamyka przed nami drzwi?

Co gorsza, teraz w Brukseli mówi się o dalszym zaostrzaniu zasad dotyczących delegowania pracowników, a więc uderzeniu np. w polskie firmy budowlane. Jest rzeczą oczywistą, że tak naprawdę nie chodzi tu o sprawy socjalne, ochronę praw pracowniczych, tylko o wyrzucenie polskich firm z rynku. Polskim dumpingiem socjalnym straszą już nie tylko populiści, ale i przejmujący ich hasła – w obawie przed utratą dużej części wyborców – politycy umiarkowani, tacy jak nowy prezydent Francji Emmanuel Macron. Trudno być tu optymistą, kiedy zbliżają się wybory parlamentarne we Francji i w Niemczech. To może być dopiero początek rozpadu wspólnego rynku.

W dodatku obronę przed egoistyczną postawą unijnych polityków utrudniają Polsce bardzo złe relacje rządu z Brukselą, a także z głównymi rozgrywającymi w UE – Paryżem i Berlinem. Potrzeba ich poprawy wydaje się w tym kontekście oczywista.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA