fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Konkurencja w karetkach poprawiła jakość pomocy

Wejście na polski rynek ratownictwa firm prywatnych wymusiło podniesienie jakości sprzętu.
Rzeczpospolita/Dariusz Gorajski
Projekt ustawy o ratownictwie eliminuje z rynku prywatne karetki. – To grozi obniżeniem jakości ratowania życia – uważają eksperci.

Tylko samodzielne publiczne zakłady opieki zdrowotnej i spółki kapitałowe z co najmniej większościowym udziałem Skarbu Państwa będą mogły liczyć na kontrakty na świadczenia z ratownictwa medycznego – wynika z projektu tzw. dużej nowelizacji ustawy o państwowym ratownictwie medycznym. Projekt przypisywany wiceministrowi zdrowia Markowi Tombarkiewiczowi zakłada całkowite wyłączenie z publicznego systemu prywatnych ambulansów, które stanowią dziś 10 proc. wszystkich. Na 244 podmioty mające umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia 71 to firmy prywatne.

Korzystna rywalizacja

Prof. Juliusz Jakubaszko, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej (PTMR), uważa, że zapis jest trudny do wytłumaczenia: – I to zarówno logicznie, jak i finansowo. Odpowiedzialność państwa za obywateli w sytuacji nagłego zagrożenia zdrowia i życia nie musi oznaczać upaństwowienia świadczeń – zauważa prof. Jakubaszko.

Obecnie w Polsce jest 1490 zespołów ratownictwa medycznego – tych podstawowych, tzw. zespołów „P", z dwoma ratownikami na pokładzie, i specjalistycznych zespołów „S", w których jeździ także lekarz. Po kraju jeździ dziś 910 zespołów „P" i 580 zespołów „S".

Zdaniem prof. Jakubaszki wejście na polski rynek ratownictwa firm prywatnych wymusiło nie tylko podniesienie jakości sprzętu, ale i poziomu wyszkolenia personelu: – Firmy prywatne, walcząc o kontrakty, inwestowały przede wszystkim w wykwalifikowaną kadrę. Zależało im na jak największej liczbie zespołów „S", do których zatrudniały osoby ze specjalizacją z medycyny ratunkowej.

System oszczędza

– Inwestycje prywatnej służby zdrowia wymuszały podobny krok w podmiotach publicznych – tłumaczy szef PTMR. Zgadza się z nim prof. Waldemar Machała, specjalista anestezjologii i medycyny ratunkowej, prorektor Uniwersytetu Medycznego w Łodzi: – Wszędzie tam, gdzie jest konkurencja, jest też jakość. Konkurencja powoduje podniesienie jakości na publicznym rynku – mówi prof. Machała, który uważa jednocześnie, że wymuszenie standardów w krajowym ratownictwie wymusiły kontrakty NFZ i kryteria dopuszczenia do konkursu.

Właśnie prywatni świadczeniodawcy, również z racji większych zasobów finansowych, zwykle jako pierwsi inwestowali w nowinki techniczne i systemy lokalizacji karetek.

Duński Falck, do którego należy najwięcej prywatnych zespołów ratowniczych – 90 – podkreśla, że państwo korzysta na dopuszczeniu do systemu podmiotów prywatnych także finansowo. – Na obniżeniu stawek w postępowaniach konkursowych budżet państwa oszczędza na funkcjonowaniu Falck ok. 15 mln zł rocznie. Kolejne 20 mln to nasze wydatki na czynsze, paliwo, leki i materiały medyczne, łączność, obsługę czy ubezpieczenia – przekonuje rzecznik Falck Wojciech Jóźwiak. I dodaje, że Falck, który do obsługi Państwowego Ratownictwa Medycznego skierował 120 ze swoich ponad 200 karetek, przez 20 lat zainwestował w system ponad 100 mln zł: – Struktury europejskie Falck zakupiły w Polsce ponad 800 ambulansów i w naszym kraju ulokowały dającą dziesiątki miejsc pracy globalną obsługę systemów IT. W 2017 r. planowane było również przeniesienie tu obsługi księgowo-finansowej – mówi Wojciech Jóźwiak.

LuxMed, który przeprowadza od 8 tys. do 12 tys. interwencji miesięcznie i tysiąc przewozów rocznie, specjalizuje się też w zabezpieczeniu imprez sportowych i masowych.

Pierwsi do nowinek

Pogotowia prywatne zakładały pierwsze w kraju zespolone centra dyspozytorskie, które dziś są standardem, i wprowadzały nowe procedury zbierania wywiadu medycznego oraz postępowania w zdarzeniach mnogich i masowych dla dyspozytorów medycznych. Czy ustawa wykluczająca z rynku prywatne karetki spowoduje obniżenie jakości? Wielu ekspertów uważa, że tak. Prof. Machała jest jednak optymistą. – Jeśli system prawny będzie w stanie wyegzekwować pewien standard, nie spodziewałbym się niebezpieczeństwa – mówi profesor.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA