fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biura podróży

Rainbow: Polskie Strefy to wakacje plus

- W końcu na wakacjach chodzi o wyluzowanie się - mówi Emilia Bratkowska, dyrektor działu produktu i marketingu biura podróży Rainbow
Materiały
- To nie jest przaśna, wiejska zabawa w remizie, ale impreza na dobrym poziomie w estetycznie i nowocześnie urządzonym miejscu. Na wakacjach chodzi o to, żeby ludzie się wyluzowali, pośmiali, fajnie spędzili czas. Zapewnimy im to – w rozmowie z Turystyką.rp.pl Emilia Bratkowska, dyrektor działu produktu i marketingu biura podróży Rainbow, wyjaśnia ideę Polskich Stref

Filip Frydrykiewicz: W tym roku Rainbow wypróbował koncepcję „polskiej wioski", Kokkino Nero, w Grecji. Na przyszły rok zapowiada z kolei organizowanie w Grecji i w Chorwacji Polskich Stref. Co to za pomysł i czy jedno i drugie mają ze sobą coś wspólnego?

Emilia Bratkowska, dyrektor działu i marketingu biura podróży Rainbow: Zanim opowiem, co to mają być Polskie Strefy, przybliżę Kokkino Nero. Otóż jest to bardzo ładnie położona wioska, na którą składają się małe lub bardzo małe budynki ze skromnymi apartamentami, kilka tawern, dwa sklepy spożywcze, w których można się zaopatrzyć w produkty na śniadania i kolacje (apartamenty mają małe kuchenki). Poza tym dużo drzew i plaża (kamienista, ale w odległości około kilometra z dwóch stron są plaże piaszczyste). Jest tam spokojnie, cicho, zielono.

Miejscowość ma urok dawnej Grecji takiej, którą coraz rzadziej się spotyka. To nie jest wymuskany kurort z drogimi hotelami, dyskotekami i sklepami przy deptaku. Tam ciągle panuje klimat czasów, kiedy jeździło się do Grecji samochodem. Nie ma blichtru, jest swojsko i miło. Słońce świeci, a morze jest ciepłe.

Kokkino Nero zyskało przydomek „polska wioska".

Polacy przyjeżdżają tam od kilkunastu lat, stanowią większość gości. Wzięło się to chyba z tego, że właścicielem jedynego większego hotelu w Kokkino Nero jest Grek, który miał kiedyś polską żonę. Widocznie zaważyły jego kontakty z małymi polskimi biurami podróży.

Polacy przyjeżdżają tam autokarami, a to trwa 24 godziny. Kiedy w 2015 roku odkryliśmy tę miejscowość, wpadliśmy na pomysł, żeby zawozić turystów samolotami. Lotnisko w Salonikach mieści się dwie godziny drogi autokarem od Kokkino Nero.

Chociaż początkowo agenci turystyczni byli zdziwieni tym pomysłem, tegoroczny sezon wypadł bardzo dobrze. Z wypoczynku w Kokkino Nero za naszym pośrednictwem skorzystało 8 tysięcy turystów.

To były bardzo tanie wyjazdy. Od 800 złotych za tydzień z przelotem i noclegami przed sezonem, a w sezonie za 1200 – 1600 złotych.

Cena to jedno, ale drugie to zupełnie inny sposób spędzania wakacji, dający swobodę i nieprzywiązujący ludzi do hotelu jak w przypadku all inclusive. Poza tym turyści, którzy nie znają języków obcych, czują się tam bezpiecznie, bo mogą się porozumieć - w sklepach są polskie napisy, a w tawernach w menu można znaleźć opisy greckich potraw po polsku. W jednym ze sklepów i w jednej z tawern pracują Polki.

W sumie to nie ma w tym nic dziwnego. Tak samo w innych miejscowościach turystycznych znajdziemy napisy po rosyjsku, niemiecku, francusku czy angielsku. Po prostu miejscowi przedsiębiorcy starają się, żeby jak najlepiej obsłużyć Polaków.

To jest wygodne, bo w Grecji, w małych miejscowościach nawet po angielsku czy niemiecku nie zawsze można się dogadać.

Kto korzysta z wypoczynku w Kokkino Nero?

Ze względu na specyfikę zakwaterowania głównie są to dorośli w różnym wieku, dzieci jest raczej mało. Do tego studenci, którzy przyjeżdżają autokarami i wielu stałych bywalców – niektórzy byli w Kokkino nawet 10 razy. Co ciekawe, wszyscy tam pokojowo współistnieją i świetnie się razem bawią bo dobrze się tam czują. Życie toczy się leniwie – w dzień ludzie idą na plażę lub jadą na wycieczki, żeby zwiedzać, bo to doskonała baza wypadowa do Meteorów, na Olimp, na pobliskie wyspy, a nawet do Aten, a wieczorem polskie życie towarzyskie koncentruje się w barze King Size, w którym można się napić polskiej żubrówki i polskiego piwa.

Jedna pani, którą poznałam w tym roku w Kokkino Nero powiedziała mi, że jest tam już dziewiąty raz. Ja sama, choć byłam w wielu miejscach w Grecji i pracuję już dwadzieścia lat w turystyce, polubiłam to miejsce od pierwszej wizyty, dobrze się tam czułam. Nie wszyscy przecież muszą i lubią odpoczywać w hotelach pięciogwiazdkowych.

I tu dochodzimy do pomysłu na Polskie Strefy.

Tak, wrócę więc do pańskiego pierwszego pytania - ten pomysł nie wyrósł bezpośrednio z doświadczeń z Kokkino Nero, ale z naszych ogólnych obserwacji. Choćby takiej, że jak animatorzy organizują rozgrywki sportowe, Polacy zawsze chcą grać w jednej drużynie - Polska kontra reszta świata. To ich naturalna potrzeba.

Znam te opowieści, jak to turyści chcą podczas wakacji za granicą zwiedzać, obserwować ludzi, wtopić się w otoczenie... Nasze doświadczenia podpowiadają, że takich gości jest stosunkowo niewielu. Zdecydowana większość chce odpoczywać w otoczeniu innych ludzi i czują się dobrze, jeśli mają kontakt z rodakami, dotyczy to również dzieci.

W każdej nacji jest swego rodzaju wspólnota wynikająca ze wspólnych przeżyć i doświadczeń. Jak się opowiada dowcip – wszyscy się śmieją, jak mówi o pracy czy dzieciach – też jest większe zrozumienie, niż gdy rozmawia się z obcokrajowcem, nawet doskonale znając język.

W tym roku powstała pierwsza Polska Strefa.

Postanowiliśmy przetestować nasz pomysł. We wrześniu urządziliśmy na tydzień strefę w Kokkino Nero. Na czym to polegało? Wynajęliśmy pusty plac i zbudowaliśmy tam zadaszoną scenę, ustawiliśmy specjalny ekran, przygotowaliśmy nagłośnienie, zaznaczyliśmy teren kolorowymi światełkami rozpiętymi na słupach. Do tego - drewniane stoły z ławami i leżaki. W miejscach publicznych rozwiesiliśmy plakaty zapraszające do strefy. Strefa nie była w żaden sposób odgrodzona, każdy mógł do niej przyjść.

O godzinie 18 zaczynaliśmy niezbyt głośną muzyką i zapraszaliśmy ludzi, żeby sobie wypożyczali gry – frisbee, badmintona, chińczyka, rummikuba, scrabble'a i grali. To się nawet dobrze sprawdziło, ludzie z tego chętnie korzystali. Około godziny 20.00 – 20.30 robiło się na tyle ciemno, że włączaliśmy film i wtedy zjawiały się tłumy, wszystkie leżaki były zajęte. Podczas filmu serwowaliśmy popcorn i napoje.

Wszystkim, czy tylko swoim klientom?

Wszystkim. Zależało nam, żeby było kinowo. To nie jest duży koszt, ale w nowym sezonie nie uda nam się tego utrzymać, będziemy musieli pobierać jakąś drobną opłatę. Nie żebyśmy chcieli na tym zarabiać, ale po prostu wyprodukowanie dużych ilości popcornu kosztuje.

Na miejscu dla naszych gości z all inclusive mieliśmy wino, a inni mogli je sobie niedrogo kupić. Ale każdy mógł też przynieść sobie picie ze sklepu.

Co się działo po filmie?

Po filmie gospodarz imprezy prowadził przez trzydzieści, czterdzieści minut konkursy. Ludzie chętnie brali w tym udział, bo były fajnie poprowadzone i na dobrym poziomie. Poza tym trzeba brać pod uwagę wakacyjną atmosferę... wszyscy są bardziej skłonni do zabawy, a nawet pewnych „wygłupów" nawet, jeśli na co dzień są poważnymi ludźmi.

A po quizach włączaliśmy muzykę i była dyskoteka. Dwa razy zrobiliśmy też karaoke i za każdym razem była bardzo duża kolejka chętnych do śpiewania. Okazało się, że świetnie się bawili nie tylko ci co śpiewali, ale też cała reszta – było dużo śmiechu i wspólnej zabawy.

Kiedy już kończyliśmy, wielu ludzi miało niedosyt, dlatego niektórzy przenosili się do King Size'u.

Zbieraliście opinie?

Na początku się przedstawiłam i wyjaśniłam, co my tu robimy, o co w ogóle chodzi. Więc już wiedzieli kim jestem i sami do mnie przychodzili, mówili, że super się bawią, że wreszcie coś się dzieje. Nakręciliśmy krótki film z wypowiedziami ludzi, który będziemy pokazywać naszym agentom. Będzie gotowy za dwa tygodnie. Nie wszyscy rozumieją ideę stref, to jest dość trudno wytłumaczyć, bo jeszcze nikt czegoś takiego nie robił, dobrze więc, żeby to zobaczyli.

Jeśli ktoś zobaczy te nagrania to dopiero zaczyna rozumieć o co chodzi, dostrzega, że to jest fajne. To nie jest przaśna, wiejska zabawa w remizie, piwo zagryzane kiełbasą i popijane wódką. Przestrzeń, którą aranżujemy jest estetyczna i nowoczesna: dobrej jakości sprzęt do wyświetlania filmów, światła i nagłośnienie do tańca, podświetlane kubiki, służące jako stoliki między leżakami. Do tego prowadzenie imprezy przez konferansjera, którego nazywamy, żeby lepiej oddać jego rolę, gospodarzem strefy, z dużym wyczuciem i kulturą. Jesteśmy dalecy od wszystkiego, co mogłoby trącić obciachem.

Dopasowujemy się do potrzeb „średnia plus". Wszystko powinno mieć odpowiedni poziom, żeby ludzie nie czuli się zlekceważeni. Ale z drugiej strony nie chodzi też o to, żeby to była rozrywka dla wielce wysublimowanego klienta, koncerty operowe, quizy z wiedzy o fizyce kwantowej i dyskusje o kinie Kieślowskiego. Nie o to na wakacjach chodzi. Chodzi o to, żeby ludzie się wyluzowali, pośmiali, fajnie spędzili czas.

To jakie filmy pokazywaliście, jaką muzykę puszczaliście. Były „Majteczki w kropeczki"?

Żadnych takich. Muzyka przygotowana przez didżeja była uniwersalna. Sprawdzone przeboje zagraniczne i polskie, wymieszane. Na dwie godziny zabawy, były może trzy, cztery piosenki disco polo, ale nie te najbardziej obciachowe. A najlepiej zebranych, niezależnie od wieku, rozgrzał przebój zespołu Village People „YMCA".

A co do filmów, to były znane polskie komedie, jak na przykład „Kiler" czy „Chłopaki nie płaczą".

Kiedy ogłosiliście pomysł na Polskie Strefy odezwały się głosy, że chcecie Polaków izolować w gettach. W domyśle – nie będą się integrować z miejscowymi czy przedstawicielami innych krajów.

To nieporozumienie. Po pierwsze nikogo nie zmuszamy do odwiedzania stref. Nam bardziej chodziło o pewne wyznaczone miejsce służące zabawie i integracji. Ludzie w Kokkino Nero chętnie tam przychodzili, bo to, co tam się działo, po prostu im odpowiadało.

Po drugie - nie jest prawdą, że ludzie jadą za granicę, żeby się integrować z przedstawicielami innych nacji. Owszem, można z kimś zamienić kilka zdań nad basenem czy przy stoliku w restauracji lub dzieci wysłać do wspólnej zabawy z rówieśnikami z innych krajów. Ale na tym przeważnie międzynarodowe kontakty się kończą. I nie ma w tym nic dziwnego. Ani Rosjanie, ani Niemcy, ani Brytyjczycy nie integrują się z turystami innej narodowości, każdy lgnie do swoich, z którymi ma wspólne tematy do rozmowy i doświadczenia. Nie ma w tym nic dziwnego.

Po trzecie – do naszej strefy może przyjść każdy. To właśnie one sprzyjają integracji. Jeśli spodoba się u nas Rosjanom, Anglikom, czy Grekom mogą swobodnie tam wejść i bawić się z Polakami. W Kokkino Nero puszczaliśmy nawet filmy z napisami po angielsku, żeby goście anglojęzyczni mogli coś z nich zrozumieć.

Ale po co ludzie mają jechać gdzieś, gdzie i tak będą w polskim otoczeniu – kręcą nosem krytycy.

Kto tak mówi nie rozumie idei stref. Właśnie dzięki strefom prawdopodobnie pierwszy raz pojadą za granicę, ci którzy dotąd nie mieli odwagi tego zrobić. Polska Strefa będzie dla nich miłą przystanią, buforem lub kołem ratunkowym – jak kto woli. Lepiej, żeby ci ludzie w ogóle nie ruszyli się poza Polskę i nic nowego nie poznali?

Powtórzę - nikogo nie zmuszamy, żeby z tego korzystał. Rainbow ma pięć katalogów z różnymi miejscami na świecie, do których można jechać, pięć katalogów różnych form spędzania czasu. Polskie Strefy obejmą pewnie niecałe 10 procent klientów wyjeżdżających z nami co roku w lecie.

Ale nie zamykajmy drogi komuś, kto chce właśnie w taki sposób spędzić urlop. Przecież nikomu krzywda się nie dzieje. Dodajemy klientom coś nowego. Nasz tegoroczny test pokazał, że bardzo im to odpowiada. Oferujemy rozrywkę na dobrym poziomie, nie ma się czego wstydzić. I konkursy, i nagrody i filmy, i wspólne śpiewanie czy tańczenie – dzięki temu ich wakacje są ciekawsze, dają im jeszcze więcej odprężenia i rozrywki.

Przecież jak ktoś wypoczywa w pięciogwiazdkowym hotelu, to co wieczór ma jakieś atrakcje, niejako zapewnione w pakiecie – a to animacje, a to występ artysty, a to pokazy magika i codziennie dyskotekę. A my chcemy dać podobną okazję do rozerwania się wieczorem klientom z apartamentów i tańszych hoteli.

Próbna Polska Strefa zdała egzamin. Co dalej?

Chcemy rozwijać nasze strefy, bo uważamy, że strefy mają przyszłość. To są takie wakacje plus. Już podczas najbliższego sezonu otworzymy sześć stref w Grecji i jedną w Chorwacji*.

Będą dwa rodzaje stref, ze względu na ich umiejscowienie – jedne będą się mieścić w miejscach publicznych, drugie na terenie hoteli lub tuż obok nich. Ale nigdzie nie zamierzamy ich odgradzać, jedynie oznaczyć rozwieszonymi lampkami.

Scena, nad nią zadaszenie, ekran kinowy, kable, projektor, oświetlenie, sprzęt grający, leżaki, kubiki... Zorganizowanie takich stref w siedmiu różnych punktach wymaga precyzyjnej logistyki i pieniędzy. Czy Rainbow jest do tego przygotowany?

To nie jest problem. Na tydzień próby w Kokkino Nero wypożyczyliśmy wszystko i zawieźliśmy. Całe wyposażenie zajęło pół niedużej ciężarówki. Oprócz leżaków, które przyjechały osobno. Na nowy sezon część sprzętu zamierzamy kupić, część wypożyczyć, a część wyprodukować – jak leżaki i gadżety na nagrody w konkursach. Zakupimy też licencję na wyświetlanie filmów. Ale to wszystko razem nie jest zbyt kosztowne ani kłopotliwe. Mamy zresztą jeszcze sporo czasu na przygotowanie się.

Na ten pierwszy raz wynajęliśmy firmę, która od kilkunastu lat organizuje podobne wydarzenia. Mają mnóstwo doświadczenia, sprzęt i odpowiednich ludzi. Wiedzą przy czym ludzie się najlepiej bawią. Ale generalnie lada dzień stworzymy w naszej firmie zespół ludzi, którzy wszystkim się zajmą i dopilnują, żeby przed początkiem sezonu strefy były gotowe.

Na jaki zysk liczy Rainbow? Czy chodzi o to, żeby zwiększyć liczbę klientów, czy też, żeby dać więcej tym, którzy i tak by przyjechali?

Chodzi o jedno i o drugie. Chociaż Polskie strefy traktujemy jako działanie marketingowe, to oczekujemy namacalnego dowodu ich efektywności w postaci zwiększenia rynku. Liczymy, że ten sposób spędzania wakacji przyciągnie ludzi, którzy może boją się wyjechać za granicę, może o tym nigdy nie myśleli, bo uważają, że to nie dla nich. Z nami pierwszy raz pojadą na zagraniczne wakacje.

Wydaje nam się, że oferując tę odrobinę polskości w Grecji czy Chorwacji, powodujemy, że ci którzy normalnie nie pojechaliby za granicę, tylko nad morze, nad jeziora czy w góry, zdecydują się spróbować. A zwykle tak jest, że jak ktoś już wyjedzie i pozna smak takich wakacji, to chce to robić częściej. Co wcale nie oznacza, że zupełnie przestanie jeździć nad polskie morze, na Mazury czy w góry. On po prostu poszerza swój krąg zainteresowania, jeśli chodzi o podróże.

Czy będą kolejne strefy w kolejnych krajach? Nie wyobrażam sobie ich na przykład na Wyspach Kanaryjskich, które są z natury kierunkiem droższym, dla zasobniejszych gości, podczas gdy wy celujecie w grupę turystów, jak to określił prezes Grzegorz Baszczyński, średnią klasę średnią.

Na pewno będziemy rozszerzali ten produkt, ale trudno teraz przesądzać na jakie kierunki. Każdy rynek jest dobry, żeby urządzać na nim polskie strefy pod warunkiem, że znajdzie się tam miejsce z dużą liczbą obiektów z odpowiednio tanim zakwaterowaniem, skupionych na małej przestrzeni.

Czy konkurencja pójdzie waszym tropem?

Jestem przekonana na sto procent, że jeśli w przyszłym roku nasze strefy się spodobają klientom, konkurencja będzie próbowała powielić nasz pomysł. Chociaż znalezienie miejsca na strefy nie jest proste i trzeba pokonać trochę trudności biurokratycznych na miejscu.

Jak zareagowali na strefę w Kokkino Nero miejscowi przedsiębiorcy?

Z ciekawością obserwowali, co robimy. Zauważyli w tym swój interes, bo kiedy ludzie szli do strefy, robili często zakupy w sklepach po drodze, a kiedy wracali ze strefy, a było im mało zabawy i towarzystwa, wstępowali do miejscowych barów. Dlatego lokalni przedsiębiorcy nie traktowali nas jak konkurencji, ale jak wsparcie ich biznesu. Nie chcemy zresztą być konkurencją dla nich, bo chcemy cały sezon przeżyć w dobrych stosunkach z miejscowymi mieszkańcami.

W sumie, ta ostatnia wizyta w Kokkino Nero przy okazji organizowania strefy, była moją trzecią i widzę jak pod wpływem naszej współpracy ta miejscowość się zmienia. Kiedy jesienią 2015 byliśmy tam pierwszy raz, rozmawialiśmy z właścicielami hoteli, żeby wybudowali na swoich posesjach, a mają tam dużo porośniętych trawą miejsc, baseny. Początkowo byli temu niechętni, „po co basen, przecież tu nigdy nie było basenu". Ale w końcu Adonis, właściciel tego największego hotelu, o którym wspominałam i zarazem nasz kontrahent, a także jeszcze inny hotelarz, zainwestowali w budowę basenów. To podniosło atrakcyjność ich obiektów. W tym roku jeden z hotelarzy sam mnie zaczepił, że myśli o basenie. Widać, że powoli zmienia się myślenie tych ludzi. Z czasem zmieni się też charakter tej miejscowości, ale mam nadzieję, że nie zgubi ona swojego klimatu wiejskości i swojskości. Szkoda by było.

*Polskie Strefy Rainbowa w 2017 roku

• Riwiera Olimpijska, Kokkino Nero, 26.04 – 4.10.2017

• Riwiera Olimpijska, Velika, 26.04 - 4.10.2017

• Kreta, hotel Summer Beach, 26.04 – 17.10.2017

• Korfu, hotel Sunny Garden, 20.05 – 29.09.2017

• Rodos, Tsampika, 24.04 - 22.10.2017

• Chorwacja, Slatine, 25.05 – 8.09.2017

Źródło: turystyka.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA