fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biura podróży

Betlej: Polscy touroperatorzy w lepszej kondycji, lecz na gorszej pozycji

AFP
Bankructwo Thomasa Cooka może odbić się negatywnie na postrzeganiu wiarygodności polskich touroperatorów. Niesłusznie, bo często są oni w o niebo lepszej kondycji niż upadły gigant – pisze ekspert

Nie brak najprzeróżniejszych opinii dopiero co objawionych przy tej okazji ekspertów, wypowiadających zaskakujące nieraz opinie na temat upadku Thomasa Cooka i rynku turystycznego. Choć nie warto się nimi zajmować szczegółowo, warto przynajmniej z grubsza posegregować je według spojrzenia na tę zupełnie wyjątkową kwestię - pisze prezes Instytutu Badań Rynku Turystycznego Traveldata Andrzej Betlej rozpoczynając cotygodniowe podsumowanie wydarzeń na rynku turystyki wyjazdowej.

Padła ikona, teraz upaść może każdy

Zdaniem eksperta w środowisku ludzi pracujących w turystyce bankructwo najstarszego biura podróży na świecie wywołało wstrząs i zaskoczenie. „Ludziom turystyki" nie mieści się w głowach, że mogła upaść tak duża i szacowna firma, będąca dla wielu synonimem trwałości i stabilności w turystyce. Skoro nawet to środowisko tak zareagowało, w mediach pojawiają się opinie, że właściwie może teraz upaść każda inna firma w tej branży.

„Takie opinie świadczą jednak dobitnie, że osoby takie nie mają zbyt dużego rozeznania w tym co właściwie dzieje się w ich branży, a już z pewnością nie czytały ze zrozumieniem jakiegokolwiek sprawozdania finansowego Thomasa Cooka i to niekoniecznie ostatniego, ale nawet sprzed kilku, czy nawet więcej kwartałów" - pisze ekspert. Raczej ich kontakt ograniczył się do „dobrze sporządzonych rozległych treści marketingowych" tego organizatora.

Takie opinie szkodzą biurom podróży, których „bilans, przepływy i istotne wskaźniki sprawozdawcze" wyglądają o niebo lepiej niż u bankruta.

Traveldata ostrzegała nie raz – pisze Betlej - że podmiot, który przestaje składać sprawozdania finansowe powinien wzbudzać szczególną czujność. „Okazuje się, że takie postępowanie sprawdza się nie tylko w wypadku rodzimej branży, ale dotyczy też turystycznych gigantów. (...) [Thomas Cook] najpierw składał duże standardowe sprawozdania, następnie już tylko średnie, potem małe, jeszcze później zdawkowe, a w końcu za okres do 30 czerwca nie złożył go wcale". Traveldata zwracała na to uwagę w materiale z 13 lutego 2019 roku.

Innym znakiem ostrzegawczym, w wypadku spółek notowanych na rynkach kapitałowych (nie muszą być to akcje, mogą być obligacje korporacyjne) jest głęboki spadek ich notowań. I tę kwestię Traveldata poruszała – wskazuje autor, odwołując się tym razem do materiału z 1 października 2018 roku i z 19 września 2019 roku (wszystkie wspomniane można znaleźć na portalu wczasopedia.pl).

Upadł najsłabszy, reszta wyjdzie wzmocniona

„Dla ludzi ze świata finansów ta sama sytuacja od dawna wyglądała zupełnie inaczej" – opisuje prezes Traveldaty. „Tu panowało raczej zdziwienie, że taki podmiot może w ogóle prowadzić działalność. Wyraz temu dawały m. in. właśnie superniskie notowania koncernu. Rozmiarami biznesu był on nieco ponad 1,5 razy mniejszy od TUI Group, ale jego wartość rynkowa była mniejsza aż kilkadziesiąt razy. Porównywalny był z wartością biura Rainbow, choć pod względem przychodów przewyższał go 30-krotnie".

„Byli też analitycy (np. z Citibanku), którzy twierdzili, że spółka jest zupełnie bezwartościowa (...). Z pewnością jest jednak tak, że upadł najbardziej toksyczny (m.in. ze względu na swój rozmiar) podmiot w branży, który wciągał w spiralę zadłużenia coraz to nowe, często nieświadome tego podmioty. Również turyści, którzy masowo rezerwowali atrakcyjne ich zdaniem wycieczki, często byli zupełnie nieświadomi powagi zagrożenia. Ich sytuacja jest jednak o tyle lepsza, że raczej nie poniosą szkód finansowych".

Betlej przywołuje też zdanie samego prezesa Thomasa Cooka, Petera Fankhausera, który w niedawnym wywiadzie dla „The Times" „przyznał, że w momencie ogłoszenia upadłości firmy, jej dziura finansowa wyniosła powyżej trzech miliardów funtów. Koncernowi brakowało pieniędzy nie tylko na hotele, ale dla przewoźników lotniczych i dostawców usług płatniczych. W wywiadzie były już prezes przyznał, że ogłoszenie bankructwa było jedynym wyjściem, gdyż rezerwy finansowe wystarczały jedynie do 4 października".

Traveldata – dodaje Betlej - szacowała dziurę Thomasa Cooka na niecałe 3 mld funtów, ale na podstawie danych z 31 marca tego roku. Oznacza to, że koncern w drugim i trzecim kwartale roku – z reguły dobrych dla turystyki - nadal generował straty.

Brak przejrzystości szkodzi

Zdaniem Betleja ludzie związani z biznesem turystycznym „mają o sytuacji w branży turystycznej znacznie mniejsze rozeznanie od finansistów, czy analityków, którzy z kolei mają to do siebie, że większą wagę przykładają do finansowych sprawozdań niż do rozmaitych barwnych wypowiedzi, wywiadów czy kampanii marketingowych".

Autor zwraca uwagę na pewien mechanizm - trzymiliardowa dziura w finansach Thomasa Cooka oznacza, że ktoś musi tę kwotę refinansować. Robili to turyści, wpłacający zaliczki na poczet wyjazdów, nabywcy korporacyjnych obligacji, banki, a w końcu kontrahenci, głównie hotelarze, którzy godzili się na wydłużone płatności. Kwota refinansująca przemieszcza się więc między różnymi podmiotami. A gdy ktoś wypadnie z tego łańcucha, koncern musi znaleźć w to miejsce kogoś innego.

Na rozwiązanie problemu dziury finansowej są generalnie dwa sposoby – kontynuuje Betlej. Jeden to znalezienie nowego kapitału albo stopniowe zasypywanie finansowej dziury wypracowywanymi zyskami. Tyle że koncern generował jedynie straty, pogarszając swoją sytuację.

Drugi sposób to ucieczka do przodu, czyli powiększanie działalności, dzięki czemu dziura finansowa staje się relatywnie mniejsza i przez to mniej dolegliwa. Na nieszczęście dla koncernu jego biznes z różnych powodów się kurczył – analizuje Betlej.

Kierownictwo Cooka próbowało pierwszego sposobu. Chiński fundusz Fosun, który zainwestował wcześniej w tę firmę łącznie prawie 300 milionów funtów (dokapitalizowanie i zakupy akcji na rynku), był na pewnym etapie skłonny zainwestować jeszcze 375 milionów funtów, później nawet 450 milionów, ale w obliczu pojawiających się coraz to nowych i coraz to wyższych sum zrezygnował.

Takie same kwoty miały inwestować banki i główni obligatariusze, ale takie inwestycje miały sens jedynie gdyby uczestniczył w tym inwestor branżowy. Bez niego dalsze prowadzenie działalności przez Thomasa Cooka mijałoby się z celem – wyjaśnia autor.

Zdaniem eksperta przykład bankructwa Cooka pokazuje, że za słabą transparentność firm turystycznych najwięcej płacą hotelarze - ponoszą ryzyko utraty praktycznie całych zarobków (we współpracy z koncernem godzili się na płatność wydłużoną do 90 dni). Mogą bowiem nie otrzymać płatności za lipiec, sierpień i wrzesień, czyli za miesiące głównych żniw w turystyce.

Hotelarze są prawie bezbronni. Wielkie sieci hoteli, np. w Hiszpanii, zatrudniają finansistów. Można więc przyjąć, że potrafią analizować sytuację i mają szansę ograniczyć ryzyko biznesowe w relacjach z niepewnym partnerem. W znacznie gorszej sytuacji są hotele w Grecji. Dość często są to niezbyt duże obiekty będące biznesem rodzinnym opartym o rutynę bez gruntownego przygotowania finansowego. Trudno im właściwie ocenić ryzyko związane z kontrahentem. Prawdopodobnie niektóre z nich zbankrutują.

To oznacza, że staną się ostrożniejsi w relacjach, np. z polskimi organizatorami, traktując ich jako niezbyt duże podmioty z dość „biednego" kraju, a więc a priori mniej wiarygodne. Tymczasem ich sytuacja finansowa i stabilność według mojego rozeznania – pisze Betlej - jest często zdecydowanie lepsza od niezbyt jasnej sytuacji wielu organizatorów europejskich. Problem polega na tym, że dostęp do sprawozdań innych organizatorów europejskich, poza TUI, jest utrudniony.

W tej sytuacji polscy touroperatorzy mogą być skazani na dużo mniej korzystne warunki współpracy z hotelarzami niż wynikałoby to z ich finansowej wiarygodności.

Sezon zamykają drogie „lasty"

W drugiej części materiału autor przechodzi do stałego tematu śledzenia rentowności polskich biur podróży u kresu sezonu letniego. Przypomina, że przynajmniej od czerwca sprzedawały one prawie wszystkie przygotowane oferty i to po znacznie lepszych cenach niż przed rokiem. Szczególnie korzystnie wypadały ceny w last minute.

„Szczególne znaczenie mają w tej kwestii miesiące największych wolumenów sprzedaży, czyli miesiące trzeciego kwartału, który jest (...) zdecydowanie najważniejszy". Można więc szacować, że średni roczny wzrost cen „lastów" (rozumianych jako wycieczki sprzedawane w ostatnich 3 tygodniach przed wyjazdem) wyniósł w lipcu i sierpniu 410-430 złotych, a we wrześniu nawet 450 złotych.

Ponieważ jest to już ostatni materiał – pisze Betlej - dotyczący sezonu lato 2019, a nawet całego roku turystycznego 2018/2019 (listopad 2018 - październik 2019) postanowił jeszcze przedstawić przybliżony wzrost cen „lastów" w całym roku i jednocześnie sytuację tegoroczną na tle poprzedniego sezonu, który z powodu wysokiej nadpodaży był dla organizatorów pod względem cen, w tym również cen „lastów", wyjątkowo niekorzystny.

Dla uproszczenia przygotował wykresy obejmujące pierwszych osiem miesięcy roku turystycznego, czyli do czerwca. Daty przedstawione na wykresie oznaczają ostatnie dni (niedziele) poszczególnych tygodni. Do obliczenia wzrostu cen posłużyły średniej z pięciu badań w ostatnich trzech tygodniach sprzedaży. Średnie są nieważone, nie są bowiem znane dokładne liczby sprzedanych wycieczek w poszczególnych datach. Z tego m. in. powodu należy traktować dane jako przybliżone, ale odchylenie od danych rzeczywistych nie powinno być duże, gdyż rozkład sprzedaży w zależności od terminu wyprzedzenia wobec daty wyjazdu jest w wysokim stopniu statystycznie powtarzalny – zastrzega autor.

Z wykresu wynika – ekspert opisuje co można wyczytać z wykresu - że ceny „lastów" w tym sezonie były od lutego zdecydowanie korzystne dla touroperatorów (kolor zielony), podczas gdy w sezonie poprzednim sytuacja była odwrotna. Dość dobrze widoczny jest też związek tegorocznego wzrostu cen lastów z zeszłorocznymi ich spadkami. Często im większa była ich przecena w poprzednim sezonie tym większy był ich wzrost w sezonie obecnym (tzw. efekt bazy). Zależność ta była częściowo zakłócana dopiero w sierpniu i wrześniu, gdy korzystniejszemu trendowi cen „lastów" przed rokiem (zmniejszające się przeceny) często towarzyszył zwiększający się ich wzrost w obecnym sezonie. Oznacza to ewidentnie korzystną sytuację dla organizatorów (znacznie zwiększające się zwyżki cen w ujęciu dwuletnim).

„Warto też zauważyć, że w pierwszych trzech miesiącach (od listopada do stycznia) ceny lastów w sezonie 2017/18 przewyższały odpowiednie ceny z sezonu wcześniejszego, a w sezonie obecnym było odwrotnie. Przyczyną takiego stanu rzeczy w sezonie 2017/18 był ogólnie bardzo duży popyt na wycieczki i to nie tylko na lasty, ale też tzw. first minute, co w konsekwencji przyczyniło się później do nadmiernej rozbudowy programów przez wielu organizatorów i bardzo dużej nadpodaży wycieczek".

W obecnym sezonie w pierwszej fazie, ceny wycieczek były pod presją bardzo niskich cen dyktowanych przez TUI Poland, co oddziaływało zarówno na ceny lastów, jak i na ceny wycieczek z wyjazdami w odleglejszych terminach. W rezultacie ceny lastów kształtowały się w tym okresie poniżej cen sprzed roku, co było dodatkowym czynnikiem dyscyplinującym touroperatorów do zachowywania dużej ostrożności, jeśli chodzi o wielkość programów, zwłaszcza na niektórych kierunkach (np. Grecja) - wyjaśnia.

Betlej zamieszcza też ostatni w tym sezonie wykres rocznych zmian cen wyjazdów w pierwszym tygodniu października 2019 w okresie od maja do końca września, czyli z wyprzedzeniami w stosunku do terminu wylotu w zakresach do 8 tygodni i między 2 a 5 miesięcy.

Wpływ tego miesiąca – pisze ekspert w komentarzu do wykresu - na wyniki branży jest wprawdzie znacznie mniejszy niż miesięcy z trzeciego kwartału, gdyż pod względem liczby klientów jest on od nich przeszło trzykrotnie mniejszy, ale warto też dodatkowo zwrócić uwagę na zdecydowaną poprawę przyrostu cen lastów w ujęciu dwuletnim (+293 złote), co jest wynikiem bardzo wysokim i znacznie lepszym niż poprzedni rekord sprzed dwóch tygodni (+150 zł) dla tego miesiąca w tym sezonie.

Na koniec Betlej jeszcze raz przypomina, że w tym sezonie charakterystyczną cechą było zwiększanie się cen wyjazdów, podobnie jak wraz ze zbliżaniem się wylotu rosną ceny biletów w liniach lotniczych. „Być może właśnie mniej więcej w taki sposób powinno wyglądać właściwe kształtowanie się cen sprzedawanych wyjazdów w branży zorganizowanej turystyki wyjazdowej, jeśli chce ona dążyć do realizacji zysków na przyzwoitym poziomie przy jednocześnie racjonalnie ograniczonym ryzyku biznesowym i operacyjnym" - powtarza komentarz, który już zamieszczał we wcześniejszych materiałach.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA