fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biura podróży

Betlej: Przyszły rok zapowiada się tłusto dla touroperatorów

AFP
W 2020 roku do biur podróży powinno trafić 350 – 400 tysięcy klientów, którzy nie zdecydowali się na wyjazd w tym sezonie. To i dobre prognozy polskiej gospodarki wróżą biurom podróży dobrą koniunkturę – prognozuje ekspert

Prezes Instytutu Badań Rynku Turystycznego Traveldata Andrzej Betlej zaczyna swój cotygodniowy tekst od przypomnienia, że według skorygowanych przez niego danych Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego na koniec czerwca sprzedaż imprez czarterowych w biurach podróży wzrosła o 2,43 procent, jeśli porównać z poprzednim rokiem, a liczba imprez lotniczych po uzupełnieniu o wycieczki do krajów pozaeuropejskich i europejskich dokonywanych w oparciu o loty rejsowe i tanie linie lotnicze, wzrosła o około 5,7 procent. Choć dane te nie przesądzają jeszcze o wynikach całego sezonu – pisze ekspert - gdyż nie zawierają jeszcze rezultatów najważniejszego w turystyce wyjazdowej trzeciego kwartału, to można na ich podstawie sformułować pierwsze wnioski.

Jak pisze autor, wynik ten jest znacząco mniejszy od teoretycznego (czyli modelowego) wzrostu popytu w turystyce wyjazdowej, który powinien kształtować się w granicach 14-18 procent. Dotychczas popyt „pozostawał pod wpływem wysokich cen i raczej niekorzystnej dla organizatorów pogody w kraju, a także relatywnie niekorzystnych nastrojów społecznych i konsumenckich".

Przez większą część sprzedaży ceny były tylko niewiele wyższe niż przed rokiem. Duże, czasem nawet kilkuset złotowe podwyżki pojawiły się dopiero „w późnej fazie last minute", czyli w czerwcu, lipcu i sierpniu. Ponieważ jednak wyjazdów było na rynku mało, i tak się sprzedawały.

Mało wycieczek, wysokie ceny

„Negatywny wpływ upalnej pogody w czerwcu zaszkodził na jakiś czas popytowi na wakacyjne wyjazdy, ale został on przynajmniej po części zrekompensowany przez bardzo chłodną i deszczową pogodę w dwóch pierwszych dekadach lipca. W ujęciu całościowym pogoda nie zaszkodziła (na razie) istotnie turystyce, gdyż popyt zwłaszcza w wakacje dotarł do barier wyznaczanych przez podaż" - pisze Betlej.

Jego zdaniem słabe nastroje społeczne i konsumenckie, w dużej części wywołane kampaniami przedwyborczymi do Europarlamentu (26 maja) i parlamentu krajowego (13 października) prawdopodobnie wpłynęły na popyt na wycieczki, ale paradoksalnie pomogły nieco w utrzymaniu równowagi między podażą i popytem. Gdyby popyt był większy, w biurach podróży zabrakło by wycieczek do niektórych krajów i regionów.

Betlej wysnuwa z tego wniosek, że biura sprzedały tyle wycieczek, ile przygotowały. A jego kolejny „ważny wniosek" mówi, że organizatorom udało się – dzięki trafnemu przewidywaniu lub szczęściu - zrównoważyć podaż z popytem.

Jak szacuje, w tym sezonie około 350 – 400 tysięcy osób nie wyjedzie z biurami podróży na wakacje. Ze względu na ceny, odłożyły one ten zamiar do przyszłego roku. Ta grupa klientów i relatywnie szybko rozwijająca się gospodarka to atuty, które powinny ujawnić się w kolejnym sezonie.

Są też jednak czynniki, które mogą zadziałać negatywnie. Pierwszy to przedłużanie się słabych nastrojów społecznych spowodowanych kolejną kampanią wyborczą tym razem prezydencką (prawdopodobnie wiosna 2020 roku). „Może ona przybrać szczególnie ostry charakter, gdy w wyniku jesiennych wyborów parlamentarnych okaże się, że większość sejmowa będzie za mała, aby odrzucać prezydenckie weta, czyli realnie będzie mniejsza niż mniej więcej 265-270 mandatów". Drugi niekorzystny czynnik to spowolnienie rozwoju gospodarczego w krajach należących do strefy euro, zwłaszcza w Niemczech, czyli u najważniejszego partnera Polski.

Strefa euro jeszcze nie umarła

W opinii Betleja, obawy o gospodarkę Niemiec są jednak przedwczesne, bo jak pisze, ekonomiści upatrują przyczyn „a to w wojnach handlowych, których de facto jeszcze nie ma (zwłaszcza na linii USA-Europa), a to w kłopotach niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego, który odczuwa osłabienie po tzw. skandalu Dieselgate, a nawet w niskim stanie wody w Renie, który utrudnia sprawny transport rzeczny". Nie zauważają natomiast, że to jedynie wynik „czasowego wstrzymania przez Europejski Bank Centralny tzw. operacji QE (quantitative easing), często zwanych popularnie dodrukiem pieniądza. Wielkość tych operacji w 2018 roku była stopniowo ograniczana, od września 2018 miała już tylko niewielkie rozmiary, a od stycznia 2019 zaprzestano ich zupełnie".

Jak wyjaśnia ekspert, gospodarka niemiecka z racji swojej struktury (bardzo duża rola przemysłu) jest ponadprzeciętnie uzależniona od dopływu dużej ilości taniego pieniądza, który w krajach strefy euro zaczął już odgrywać rolę swoistego gospodarczego dopalacza. Ostatnie miesiące wykazały, że bez dodrukowywania pieniędzy strefie euro, a zwłaszcza Niemcom funkcjonuje się bardzo źle. Stąd zapadła decyzja, że do dodruku pieniądza trzeba jednak powrócić, choć w mniejszej skali niż przez poprzednie cztery lata".

Operacja zacznie się we wrześniu, na jesieni więc sytuacja w Niemczech i innych krajach strefy euro powinna się wyraźnie poprawić. „Inną kwestią jest to, że działania takie mogą być skuteczne jedynie w krótkim okresie, a na dłuższą metę dla zachowania konkurencyjności strefa euro powinna przejść daleko idące reformy" - dodaje autor.

Jaki stąd wniosek? Że touroperatorzy zastanawiając się, jaka będzie w przyszłym roku koniunktura w gospodarce i turystyce nie powinni przeceniać przejściowych kłopotów Niemiec i innych krajów ze strefy euro. Tym bardziej, że mogą one prowadzić do pewnego zahamowania wzrostu liczby turystów z tamtych regionów, co byłoby dla polskich touroperatorów korzystne.

Egipcjanie proszą o wyższe ceny

Planując przyszły sezon warto też – zaznacza Betlej – przewidywać rozwój sytuacji w krajach do których Polacy najbardziej lubią jeździć. Żeby to ułatwić Traveldata przedstawia wykres skali zmian cen konsumpcyjnych w Grecji, Turcji i Egipcie. Obrazuje on przebieg indeksu tych cen na przestrzeni prawie pięciu lat, przyjmując za punkt wyjścia 1 stycznia 2015 roku. Choć wykres był już omawiany przez prezesa Traveldaty, warto jego zdaniem zwrócić uwagę ponownie na jego zaktualizowaną wersję właśnie w tym momencie.

Widać na wykresie, że w roku 2017 i w pierwszej połowie 2018 na skutek dużej dewaluacji egipskiej waluty Egipt uzyskał bardzo korzystną pozycję do konkurowania z Grecją, dominującą jako miejsce wypoczynku Polaków, a w mniejszej skali także z Turcją. Począwszy od drugiej połowy 2018 roku na skutek szybkiego wzrostu cen w tym kraju, jak i ponownego umacniania się egipskiego funta, przewaga konkurencyjna zaczęła spadać. Przy czym „tempo tego procesu jest tak szybkie, że sugeruje zbliżenie się do sytuacji sprzed dewaluacji już w nieodległym terminie". „W tych warunkach hotelarze egipscy mocno odczuwają presję na realizowane marże, gdyż nie mogą łatwo przerzucić rosnących kosztów na ceny, zwłaszcza przy kontraktach opiewających na cały sezon, a nawet dłuższych".

Sytuacja zaczęła być już na tyle dolegliwa dla branży turystycznej, że jej przedstawiciele proszą zagranicznych touroperatorów, by podnieśli ceny już na sezon zimowy – pisze Betlej i odsyła czytelników do tekstu „Egipscy hotelarze narzekają na koszty, chcą podnieść ceny", jaki ukazał się w naszym serwisie 9 sierpnia

Sytuacja w Turcji – wyjaśnia dalej Betlej - jest dla tamtejszych hotelarzy na razie znacznie korzystniejsza, tym bardziej, że obniżonych kosztów przeważnie nie uwzględnili w cenach hoteli, co zwiększa ich zyski mocno nadwątlone w kilku latach wcześniejszych, gdy ruch turystyczny był osłabiony na skutek obaw turystów przed terroryzmem.

„Warto jednak zauważyć, że waluta turecka okres osłabiania ma już raczej za sobą - świadczyć o tym może reakcja na niedawną silną obniżkę stóp procentowych w tym kraju (z 24 do 19,75 procent) na co turecka lira zareagowała zwyżką, a nie zniżką kursu. Również kryzys ekonomiczny w Turcji ma się już powoli ku końcowi, co powinno stabilizować kurs jej waluty, a w rezultacie zmniejszać konkurencyjność gospodarki i sektora turystycznego. Proces ten nie powinien przybrać jeszcze znaczących rozmiarów w roku 2020, ale należałoby już poważnie brać go pod uwagę w roku następnym".

300, 400, 500 złotych podwyżki

Autor powraca teraz do tematu rentowności biur podróży. W jego opinii zarówno ceny jak i marże uzyskiwane ze sprzedaży wyjazdów last minute są w ostatnich tygodniach dla organizatorów bardzo korzystne. W drugiej połowie lipca ceny „lastów" były średnio większe o około 350 złotych niż przed rokiem, a w pierwszej połowie sierpnia różnica ta wzrosła do prawie 500 złotych.

Perspektywy na kolejny tydzień wydają się podobne. Można szacować, że średni roczny wzrost cen "lastów" w lipcu i sierpniu osiągnie wielkość zbliżoną do 400 złotych - wskazuje. Jednak już we wrześniu zapowiada się mniej korzystna sytuacja - ocenia. Z cen można wnioskować, że w kilku następnych tygodniach jest jeszcze pełen wybór wyjazdów i stosunkowo dużo ofert.

„Słabszy popyt na wyjazdy we wrześniu może wynikać ze znaczącego w tym sezonie udziału wakacyjnych wyjazdów rodzinnych, których liczba w naturalny sposób maleje wraz z końcem szkolnej przerwy. Popyt i relatywne ceny na wyjazdy wakacyjne mają tendencję do wzrostu nie tylko w tym, ale i w kilku poprzednich sezonach (za wyjątkiem ostatniego). Może się to wiązać ze wzrostem udziału klientów z tzw. Polski B bardziej skoncentrowanych na wakacyjnych wyjazdach rodzinnych niż premiowi turyści z dużych miast, których część – podobnie jak mieszkańcy krajów nadbałtyckich – najcieplejsze miesiące spędza na własnych daczach, a na wyjazdy wypoczynkowe udaje się w spokojniejszych miesiącach przed i po szczycie sezonu".

Betlej przedstawia teraz wykres wzrostu cen wycieczek z wylotami po szczycie sezonu.

Widać – wyjaśnia Betlej - mniejszą skalę rocznego wzrostu cen niż w lipcu i sierpniu, i chociaż w kolejnych tygodniach różnica ta stanie się najprawdopodobniej korzystniejsza, to raczej nie osiągnie przy podobnym wyprzedzeniu wielkości z dwóch poprzednich miesięcy. Obecnie przy identycznym wyprzedzeniu wobec terminu wyjazdu (3 tygodnie), roczny wzrost cen we wrześniu (+154 złote) jest wyraźnie mniejszy od lipcowego (+357 złotych) i nieco mniejszy od sierpniowego (+184 złote). Nie jest to sytuacja korzystna, zwłaszcza, że nie jest ona już wspierana niższymi cenami paliwa lotniczego i mocnym kursem złotego do walut. „Tym razem odmiennie niż w wielu ostatnich tygodniach czynnik ten w minionym tygodniu działał na niekorzyść organizatorów. Sytuacja ta może być jednak przejściowa, a jej negatywna skala ograniczona".

Nieco lepsza pogoda jaka zapanowała w wielu rejonach kraju w ostatnich dniach działa niekorzystnie dla touroperatorów. W skróconych badaniach opinii prowadzonych przez Kantar Public ujawniła się natomiast dość znaczna poprawa nastrojów konsumenckich, które generalnie współgrają z ostatnimi pozytywnymi zmianami nastrojów społecznych.

Emocje wokół Thomasa Cooka

Na zakończenie tej części materiału (drugą część pod tytułem „Traveldata: Słaby złoty osłabia biura podróży" zamieściliśmy wczoraj) Betlej nawiązuje do losów Thomasa Cooka. W zeszłym tygodniu koncern ogłosił, że Rosjanka, Lidia Rodionowa z Ulianowska nad Wołgą kupiła większy pakiet akcji koncernu turystycznego i jej stan posiadania osiągnął łącznie 3,46 procent wszystkich akcji spółki.

Wiadomość ta tak mocno rozgrzała inwestorów (spekulantów?), że tego dnia sprzedano i kupiono w sumie 188 milionów akcji koncernu, czyli prawie 12,3 procent wszystkich wyemitowanych przezeń akcji. Ich kurs skakał, a względna różnica między najniższym i najwyższym kursem w ciągu dnia wyniosła aż 60 procent.

Tego samego dnia właściciel tureckiej Anex Tourism Group Neset Kockar, który ostatnio też kupił pakiet akcji koncernu, ale większy, bo liczący 8,01 procent, stwierdził publicznie, że sytuacja finansowa spółki jest lepsza niż się sądzi. A 750 milionów funtów, które chce zainwestować chińska firma Fosun (ma już 18 procent akcji) to suma z naddatkiem pokrywająca potrzeby Cooka.

W poniedziałek jednak Thomas Cook podał informację sugerującą odwrotną sytuację - że pakiet jest zbyt mały i dla tego jest w trakcie rozmów o powiększenie go o dalsze 150 milionów. Na wieść o tej zmianie drobni akcjonariusze zaczęli wyprzedawać akcje. W trakcie tej sesji straciły one 18,3 procent.

W tej całej coraz bardziej dziwacznej sprawie – kończy prezes Traveldaty - coraz większe zdumienie budzi, że w firmie, której prezes wielokrotnie zapewniał, że wszystko idzie świetnie i zgodnie z planami, nagle powstała dziura wielkości prawie 1,1 miliarda dolarów (0,9 mld funtów)?

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA