fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biura podróży

Marek Śliwka: Płacę 5 dolarów za dojazd rowerem

Marek Śliwka krążył po targach ze współpracowniczką Natalią i byłą pracownicą Julią
Filip Frydrykiewicz
- Z trzech powodów odwiedzam w tym roku targi ITB. Te powody to: kraje zachodniego Pacyfiku, Afryka i Nowa Zelandia – mówi Marek Śliwka, podróżnik i właściciel biura podróży Logos Travel z Poznania

Największe na świecie targi turystyczne, ITB Berlin, jakie odbyły się 7-11 marca, to także okazja do spotkań z menedżerami z polskich biur podróży. Wśród nich był też właściciel i prezes biura Logos Travel, specjalizującego się w dalekich, egzotycznych podróżach, Marek Śliwka.

Zobacz inne wywiady z Berlina:

- Targi ITB mają tę zaletę, że mogę w jednym miejscu i czasie spotkać przedstawicieli bardzo odległych krajów. Jestem tu więc co roku i co roku wywożę stąd bardzo wartościowe kontakty. W tym roku nastawiłem się na trzy kierunki – opowiada Marek Śliwka.

Pierwszy z nich to kraje leżące w zachodniej części Pacyfiku. Wśród naszych stałych klientów jest grupa, nazwijmy ją inicjatywna, która chciałaby zobaczyć Wyspy Salomona, Tuvalu, Kiribati, Nauru. Będą swoistymi Kolumbami, bo tam jeszcze nikt od nas nie był, jest więc to dla nas obszar do odkrycia.

Reset w Etiopii

Druga przyczyna mojej obecności w Berlinie to Afryka. Odwiedziłem stoisko Sudanu. Bardzo dobrze współpracuje nam się z kontrahentem z tego kraju, dzięki niemu turyści wyjeżdżają zwiedzać Sudan i Erytreę, co miesiąc udaje się wysłać tam grupę.

Ostatnio mamy też duże zainteresowanie wyjazdami do Czadu. Niedawno wróciła stamtąd grupa klientów, ludzie są pod wielkim wrażeniem. Czad wśród obieżyświatów staje się modny, to takie miejsce, którego nie wypada nie mieć w swoim albumie podróży. Mamy tam kontrahenta, którego dopiero na targach poznałem bezpośrednio. Jednak nic nie zastąpi takich kontaktów.

Z kolei z Etiopczykami rozmawiałem o wyjazdach dla aktywnych. Żeby oprócz tradycyjnego zwiedzania mieli możliwość odbyć treking w górach Semien – jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi. To ogromny obszar z bardzo ciekawą rzeźbą skał i zarazem z wyjątkową fauną i florą. Już tylko tam można spotkać dżelady – małpy z charakterystyczną czerwoną plamą nieowłosionej skóry na piersi w kształcie serca, stąd zwane małpami o krwawiących sercach. Trasa 12-dniowa będzie w sam raz dla ludzi z korporacji, żeby się zresetowali.

Myślę też o wznowieniu kontaktów z Algierią, już klika lat temu planowałem organizować tam wyjazdy, ale rewolucyjne nastroje w świecie arabskim wywołane wiosną arabską zmusiły mnie do odłożenia tych planów.

Trzeci punkt mojego berlińskiego programu wypełni wizyta w Australii i Nowej Zelandii. Same w sobie będące rajem dla podróżników. Nie ma klienta, który choćby zająknął się z negatywnym komentarzem na temat ich przyrody. Niestety, daleko leżą od Polski, a przez to kosztowne dla naszych turystów. A do tego stawiają coraz większe przeszkody administracyjne. Żeby wejść do parku narodowego czy rezerwatu trzeba na przykład wynajmować lokalnych przewodników i słono im płacić. W dodatku zmniejszają liczebność grup, które można za jednym razem tam wprowadzać. Szukam więc kontrahenta, który ma możliwości kompleksowo nas obsłużyć, a dzięki temu ograniczyć koszty.

Rowerem zdrowiej

Jako maratończyk od lat propaguję aktywny, zdrowy styl życia. Udało mi się na stałe wprowadzić do katalogu wyjazdy dla maratończyków. Rocznie już kilkadziesiąt osób wyjeżdża z nami na maratony w różnych zakątkach świata, a przy okazji zwiedza. Szczególnie jestem dumny, że już dziewięciu zawodników wzięło udział w maratonie na Antarktydzie. To niezwykle droga, ze względu na daleką podróż - trzeba zdobyć miejsce na statku płynącym na Antarktydę z argentyńskiego portu Puntas Arena - i opłaty, impreza. Kosztuje 70 tysięcy złotych. A jeszcze pięć osób czeka w kolejce.

Mamy już dwóch klientów, którzy zdobyli tak zwaną koronę ziemi w maratonach, czyli pobiegli w wyścigach na każdym kontynencie. W tym jeden pojechał na wszystkie maratony z Logosem Travel.

Aktywność propaguję też wśród pracowników naszego biura w Poznaniu. Zaproponowałem, że kto przesiądzie się z innego środka lokomocji na rower, żeby codziennie dojeżdżać do pracy, dostanie 5 dolarów nowozelandzkich miesięcznie (w przeliczeniu to około 12,5 złotych - red.). Kilka osób się na to zdecydowało. Ja sam przyjeżdżam do biura niezależnie od pogody, nawet zimą, na rowerze.

Rezygnując z samochodu czy nawet komunikacji miejskiej działamy też na rzecz środowiska naturalnego, zmniejszamy smog. Wiem, że to śmiesznie mały wpływ, ale jeśli inni wezmą z nas przykład - a my bierzemy przykład z akcji zainicjowanej w Nowej Zelandii - i chociaż pół procent ludzi na świecie przesiądzie się na rowery, będzie zdrowiej i z korzyścią dla wszystkich - dla nich samych, dla pracodawców, bo będą mieli zdrowszych pracowników, i dla środowiska. Jako pył w kosmosie chociaż tyle mogę zrobić dla świata.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA