fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Białoruś

Spór Rosja-Białoruś: Ostatni argument Łukaszenki

Prezydenci Białorusi i Rosji Aleksander Łukaszenko i Władimir Putin spotkali się 7 lutego w Soczi. Impasu nie przełamano
AFP
Rosyjskie strategiczne obiekty wojskowe na terenie Białorusi mogą zostać wykorzystane przez Mińsk w trwającym od ponad roku sporze z Moskwą.

Wydawać by się mogło, że ostatnio rządzący od ćwierćwiecza prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko wykorzystał już wszystkie możliwe argumenty, by przekonać Rosję. Odwoływał się do wspólnej przeszłości radzieckiej i do wspólnego zwycięstwa w wielkiej wojnie ojczyźnianej. Sugerował, że Białorusini również przyłożyli się do odnalezienia wydobywanej obecnie na terenie Rosji ropy naftowej.

Stwierdził nawet, że rosyjski gaz musi być jeszcze tańszy dla Białorusi, ponieważ Białorusini najbardziej ucierpieli w wyniku katastrofy elektrowni w Czarnobylu i do dziś nie mogą wykorzystywać „zabrudzonego drzewa" do opalania swoich domów.

Wszystko na nic.

Rosyjskie władze, jak przyznał w piątek białoruski przywódca, sugerują „przyłączenie Białorusi do Rosji" w zamian za tanie surowce energetyczne. Od kilku dni jednak rosyjskie i białoruskie media spekulują, że Łukaszenko nie wyłożył jeszcze wszystkich kart na stół.

Ściśle tajne

Stacja radiolokacyjna Wołga znajduje się w okolicy miejscowości Hancewicze w obwodzie brzeskim na Białorusi. Rosjanie budowali ją w trybie przyśpieszonym w latach 90., ponieważ utracili radziecką radiolokacyjną stację w miejscowości Skrunda na Łotwie, podobno jak pięć innych stacji, które pozostały poza granicami Rosji po upadku ZSRR. Z Wołgi sygnał trafia bezpośrednio do jednego z najważniejszych miejsc w Moskwie. Chodzi o centrum ostrzeżenia przed atakiem rakietowym.

Znajdująca się na Białorusi stacja wykrywa zagrożenie rakietowe na odległości niemal 5 tys. kilometrów. To w dużym uproszczeniu. Z otwartych źródeł można się dowiedzieć również, że Wołga obserwuje Atlantyk Północny i Morze Norweskie i szczególnie interesuje się okrętami podwodnymi państw NATO. To jedno z najtajniejszych i najbardziej strzeżonych przez rosyjską armię miejsc. I niejedyne takie na Białorusi.

Zaledwie 10 kilometrów na Zachód od Wilejki (miasto w obwodzie mińskim) mieści się 43. węzeł komunikacji rosyjskiej marynarki wojennej. Gdy zbudowano go w 1964 r., służył radzieckim łodziom podwodnym. Dzisiaj za pośrednictwem tego obiektu dowództwo rosyjskiej marynarki łączy się ze swoimi atomowymi łodziami podwodnymi, znajdującymi się na oceanach Atlantyckim, Indyjskim i częściowo na Pacyfiku. Szacuje się, że na stałe znajduje się tam ponad 300 oficerów i żołnierzy rosyjskiej marynarki wojennej.

Wierny sojusznik?

Tak się złożyło, że na początku czerwca upływa termin białorusko-rosyjskiego porozumienia, zawartego w 1995 r. Wtedy była to jedna z pierwszych decyzji prezydenta Łukaszenki, który bezpłatnie wydzierżawił na 25 lat Rosji grunty, na których znajdują się dwa rosyjskie obiekty wojskowe.

– Rosja może zbudować nowe i zastąpić te obiekty wojskowe nowymi, ale to będzie sporo kosztowało i zajmie trochę czasu. Moskwa ma jednak inne koszty i problemy na głowie – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksandr Alesin, znany białoruski analityk wojskowy. – Ostatnią rzeczą, której chciałby Łukaszenko, to skłócić się z rosyjskimi wojskowymi. Wtedy zostałby dla nich zdrajcą i stracił ich sympatię. Wydarzenia dla niego mogłyby się potoczyć według bardzo nieprzewidywalnego scenariusza, dlatego pozostanie wierny sojuszowi wojskowemu z Rosją. Ale to nie oznacza, że nie wykorzysta tego tematu – dodaje.

„Nie chcemy ani grosza"

W Rosji spekuluje się, że obiekty wojskowe w Wilejce i Hancewiczach już znalazły się na długiej liście Łukaszenki, z którą udał się na początku lutego do Putina. Miał długą rozmowę z rosyjskim prezydentem, podczas której przedstawił wszystkie korzyści, jakie Rosji daje współpraca z Białorusią, również w kwestiach bezpieczeństwa.

Rosyjski politolog Stanisław Biełkowski na antenie radia Echo Moskwy stwierdził niedawno, że kwestia rosyjskich obiektów wojskowych jest „ostatnią kartą" Łukaszenki, o której „nie wypada mówić publicznie". Łukaszenko, jak twierdzi Biełkowski, zasugerował Putinowi, że umowa dotycząca Wołgi i węzła łączności w Wilejce może nie zostać przedłużona, jeżeli Rosja będzie „zbyt mocno nalegała na głębszą integrację" i zdecyduje się na „podniesienie ceny gazu".

Zwłaszcza że dzięki podpisanemu w 1995 r. porozumieniu Moskwa anulowała długi Mińska za surowce energetyczne, które zaciągnął na początku lat 90. – Odbudowaliśmy nowe stacje po upadku ZSRR i jesteśmy samowystarczalni, w końcu można postawić nową stację w obwodzie smoleńskim przy granicy z Białorusią – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksiej Podbieriozkin, szef rosyjskiego Centrum Badań Wojskowo-Politycznych działającego przy MGIMO. – To nie problem wojskowy Rosji, to problem Białorusi, która nie jest w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa z powietrza. Jeżeli państwo ma obronę powietrzno-kosmiczną, jest niepodległe. Białoruskie powietrze chroni Rosja i ponosi odpowiednie koszty – dodaje.

Temat osobiście poruszył Łukaszenkę w marcu ub.r. podczas rozmowy z rosyjskimi dziennikarzami. – Nie weźmiemy od was ani grosza – mówił, licząc prawdopodobnie, że ostatecznie porozumie się z Rosją w sprawie ceny ropy.

– Łukaszenko będzie grał kartą rosyjskich obiektów wojskowych, by skłonić Moskwę do ustępstw w kwestii surowców, ale ultimatum raczej nie postawi – mówi „Rzeczpospolitej" Aliaksandr Klaskouski, znany białoruski politolog. – W Mińsku rozumieją, że z takimi rzeczami lepiej nie żartować. Zwłaszcza po aneksji Krymu nikt tu nie będzie chciał drażnić Moskwy – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA