Archiwum Kiszczaka

Lech Wałęsa, niewolnik „Bolka”

AFP
Lech Wałęsa od wielu lat zmienia wersje swych kontaktów z bezpieką.

Profil Lecha Wałęsy na jednym z portali internetowych robi furorę. Co parę godzin były prezydent umieszcza tam swe tłumaczenia dotyczące kontaktów z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa na zmianę z fotkami z podróży po Ameryce.

Wpisy z piątkowego popołudnia: „Proszę mi uwierzyć jak na spowiedzi. Ja naprawdę nie zgodziłem się nigdy na współpracę agenturalną z SB. Ja naprawdę nie dałem się złamać. Ja naprawdę nie brałem żadnych pieniędzy. Ja naprawdę nie doniosłem na nikogo ani ustnie ani na piśmie" (pisownia wszystkich oryginalna).

Kilka godzin wcześniej: „Podczas wielu rewizji jakie przeżywałem wpadały różne notatki pisane odręcznie (...) Podczas jednej z rewizji wpadła odręcznie napisana osobista moja relacja z grudnia 1970 r. Materiały te można wykorzystać jako donosy".

Wpis z soboty: „Oczekuję na człowieka który to umożliwił. Pytanie jest czy od początku była to przygotowana prowokacja i ja się na to dałem nabrać? Czy jednak prawdą było że Pan zgubił pieniądze na kupno samochodu i dodatkowo kontrolowano Panu wydawanie pieniądze w pracach operacyjnych. Wtedy ja się na Pana płaczącą prośbę zgodziłem, podpisałem podobne papiery".

Wpis z niedzieli: „Uwierzono że dałem się złamać, że jednak mimo wszystko w latach '70 lekko współpracowałem, donosiłem i brałem pieniądze. NIE. NIE. NIE".

W roku 2016 taka jest linia Wałęsy – poszedł na rękę esbekowi i podpisał odbiór pieniędzy, które zabrał ów esbek. A samej współpracy w ogóle nie było.

Ale nie zawsze stanowisko Wałęsy było w tej kwestii tak jasne. „Prawda? jest, że z tego starcia nie wyszedłem zupełnie czysty. Postawili warunek: podpis! I wtedy podpisałem" – tak w swej biograficznej książce „Droga nadziei" wspominał Wałęsa. „Idąc do domu, wiedziałem, że jestem sam na sam z SB. To była ta realna siła, nieznana, o niejasnym obliczu".

Był rok 1990, a wspomnienia sięgały dwóch dekad wstecz, gdy po masakrze Grudnia '70 na Wybrzeżu Wałęsa został zatrzymany przez bezpiekę. Przyznawał w ten sposób to, co było w szeregach opozycji tajemnicą poliszynela – że wystraszony po Grudniu „coś podpisał".

W momencie wydania „Drogi nadziei" właśnie ruszały przemiany, a Wałęsa stawał się najważniejszym politycznym graczem. Wkrótce został prezydentem, rozbijając po drodze jedność obozu dawnej „Solidarności". Wtedy to, podczas ostrej kampanii prezydenckiej 1990 r., po raz pierwszy pojawiły się publicznie sugestie dotyczące agenturalnej przeszłości Wałęsy. Wysunął je człowiek znikąd, najpoważniejszy konkurent Wałęsy, biznesmen Stan Tymiński – to on wspominał o „czarnej teczce", w której miał mieć kwity obciążające Wałęsę.Po wydaniu przez IPN w 2008 r. jego biografii Lechowi Wałęsie kilka razy zdarzyło się przyznać, że „coś podpisał"

Najbliżej przyznania się do współpracy z SB w latach 70. Wałęsa był w 1992 r., gdy szef MSW Antoni Macierewicz, realizując sejmową uchwałę, przedstawił listę agentów i umieścił na niej Wałęsę, ówczesnego prezydenta. Wałęsa wysłał wówczas do Polskiej Agencji Prasowej oświadczenie, w którym przyznał, że w grudniu 1970 roku „podpisał trzy czy cztery dokumenty". „Podpisałbym prawdopodobnie wszystko, prócz zgody na zdradę Boga i Ojczyzny, by wyjść i móc walczyć. Nigdy mnie nie złamano i nigdy nie zdradziłem ideałów ani kolegów". Szybko jednak wycofał depeszę PAP – i obalił rząd.

Sprawa „Bolka" wróciła w 2000 r. Wałęsa znów wystartował w wyborach prezydenckich, co skończyło się jego blamażem i ostatecznie położyło kres jego karierze politycznej. Ale przy tej okazji jak każdy kandydat musiał złożyć oświadczenie na temat kontaktów z bezpieką. Napisał, że nie współpracował. Sąd lustracyjny przyznał mu rację. Uznał, że poza wypisem z rejestru SB nie ma dowodów, które potwierdzałby, że Wałęsa był tajnym współpracownikiem.

W 2005 r. IPN kierowany przez Leona Kieresa – późniejszego senatora PO – przyznał Wałęsie status pokrzywdzonego, czyli osoby rozpracowywanej przez bezpiekę. To było urzędowe wybielenie Wałęsy, bo na taki tytuł nie mają szans dawni agenci. Sprawa budziła w IPN kontrowersje – a Kieres był oskarżany o to, że nagiął reguły dla Wałęsy.

„Że żadna manipulacja czy zdrada nie miała miejsca, że nikt, żadna tajemna siła – jak się głosi – ani SB, KGB, CIA czy Mosad, nie została dopuszczona do decyzji podejmowanych w mojej obecności przez naszą wolnościową stronę – mówił Wałęsa podczas obchodów 25-lecia „Solidarności". Wszystko wskazywało na to, że wygrywa wojnę o swą czystość. Do czasu jednak.

W 2008 r. prezesem IPN był już bliski PiS Janusz Kurtyka. Pod jego patronatem powstała książka Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewicza, udowadniająca, iż Wałęsa w latach 70. był zarejestrowanym, tajnym i świadomym współpracownikiem SB.

Wałęsa odsądzał autorów od czci i wiary. W kwietniu 2009 r. przyznawał jednak: – Musiałem rozmawiać, ktoś tam mnie może jakimś pytaniem podhaczył. To się mogło zdarzyć, ale nie zdrada, nie agenturalność. Natomiast, czy rozgrywałem to dobrze, czy byłem ostrożny, czy mniej ostrożny – tutaj można mieć wątpliwości.

Wałęsie jeszcze kilkakrotnie zdarzyło się przyznać, że coś podpisał. W TVN 24 mówił w 2011 r.: „W tamtym czasie wszyscy podpisywali i ja też podpisałem. Ale podpisałem nie z myślą, że kiedykolwiek przejdę na tamtą stronę, że zdradzę". Dziś już tak nie mówi.

Twarda linia Wałęsy – nie współpracowałem, nie podpisywałem, nie donosiłem – znajduje wsparcie w szeregach opozycji. Od lat murem za Wałęsą stoi PO. Donald Tusk oświadczył w Brukseli, że Wałęsa „może nie zawsze udolnie i przekonująco" przyznawał się do kontaktów z SB w latach 70. Polityków PO przebił jednak lider Nowoczesnej Ryszard Petru. Zasugerował, że to politycy PiS inspirowali Marię Kiszczak do ujawnienia dokumentów „Bolka".

PiS o sprawie wypowiada się ostrożnie. Jarosław Kaczyński, choć był jednym z pionierów walki z Wałęsą jako „Bolkiem", nie skomentował jeszcze znalezisk z domu generała Kiszczaka.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL