Aplikacje/egzaminy

Sceptycznie o aplikacji akademickiej

Fotorzepa, Piotr Guzik
Brak entuzjazmu – taka jest reakcja uczelni na pomysł Ministerstwa Sprawiedliwości, by kształciły aplikantów. Są też jednak zainteresowani.

Przedstawiciele środowiska akademickiego zapoznali się z propozycjami nowej drogi dojścia do zawodu adwokata i radcy prawnego w tym tygodniu w Popowie, podczas corocznej konferencji, na którą resort zaprasza dziekanów wydziałów prawa, by podzielić się analizami wyników egzaminu na aplikacje.

Chłodno na resortowy pomysł zareagował między innymi Uniwersytet Jagielloński – uczelnia, która od lat wygrywa ranking na najlepiej przygotowującą do egzaminów wstępnych. Dziekan WPiA UJ prof. Jerzy Pisuliński, chociaż jest uznanym cywilistą, powiedział wprost: – Sam nie zdecydowałbym się kształcić aplikantów, bo choć jestem radcą prawnym, brakuje mi praktyki. A to właśnie o praktykę na aplikacji chodzi.

– Mogę wymyślić różne symulacje, ale one nie zastąpią prawdziwej sprawy w prawdziwym sądzie, gdzie pełnomocnik musi zareagować szybko na określoną sytuację – mówił zgromadzonym na sali. W części jednak zgodził się z diagnozą wad dzisiejszej aplikacji zaprezentowaną przez przedstawiciela resortu. – Na pewno w obecnym kształcie nie jest efektywna. Niepotrzebnie powtarza treści, które już są na uniwersytecie – zaznaczył, ale podtrzymał, że należy poprawiać obecny model kształcenia. – Można się przyjrzeć sposobowi prowadzenia zajęć na uczelniach, sposobowi doboru do aplikacji. Test, choć obiektywny, niewiele sprawdza. Po co wiedza, ile wynosi znaczna wartość przestępstwa, skoro jest to zmienna liczba i można ją sprawdzić. Gdyby egzaminy były w formie kazusów, mniej osób dostawałoby się na aplikację. Łatwiej też byłoby sprawować funkcję patrona – ocenił prof. Pisuliński.

Podczas konferencji padały pytania praktyczne. Na przykład o to, jak miałby wyglądać nadzór dyscyplinarny nad przyszłymi aplikantami akademickimi.

– Sprawność samorządowego sądownictwa dyscyplinarnego jest wielokrotnie większa niż sprawność sądownictwa uczelnianego (...), choćby z uwagi na terminy przedawnienia – mówił prof. Maciej Gutowski, wykładowca na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i dziekan tamtejszej rady adwokackiej. Podkreślał, że ma to niebagatelne znaczenie, bo uczelniani aplikanci mają występować w sądach powszechnych.

Oklaski zebrała wypowiedź prof. Moniki Całkiewicz, prorektor ds. studiów prawniczych Akademii Leona Koźmińskiego, która zauważyła, że uczelnie będą musiały wziąć odpowiedzialność za „eksperyment", jakim jest aplikacja uniwersytecka, i za osoby w nim uczestniczące.

– Druga kwestia to odpowiedzialność za obywatela, który będzie korzystać z pomocy prawnej osób być może teoretycznie świetnie przygotowanych do zawodu. Czy jednak praktycznie? Można się zastanowić – zaakcentowała.

Były i pozytywne głosy akademików. Pomysłowi przyklasnął Uniwersytet Warszawski.

– Minister Warchoł chce wprowadzić element konkurencji. Konkurencja w naukach społecznych jest jedyną metodą odkrywania wartości – mówił profesor Tomasz Giaro, dziekan WPiA UW.

O nieprzekreślanie projektu apelował również prof. Czesław Kłak z Rzeszowskiej Szkoły Wyższej, wskazując, że już dziś są uczelnie, które stawiają na kształcenie praktyczne, a prowadzenie aplikacji może się dla nich okazać kolejną szansą.

– Rozpoczęliśmy dyskusję i dobrze by było, aby w jej efekcie dojść do optymalnego modelu. Nie zamykając się w modelu korporacyjnym, bo on, jak słyszeliśmy, idealny nie jest – mówił prof. Kłak.

– Wielokrotnie przedstawiciele korporacji zarzucali uczelniom, że kształcą teoretycznie, że nie ma tego aspektu praktycznego. Teraz nagle okazuje się, że to zaleta. Mówią: bądźcie teoretykami, my zajmiemy się praktyką – zauważył z kolei prof. Jakub Stelina, dziekan WPiA Uniwersytetu Gdańskiego.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL