fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Jędrzej Bielecki: Ameryka prosi się o rewolucję

Starcia protestujących z policją w okolicy Białego Domu
AFP
Za ćwierć wieku biali będą w Stanach w mniejszości. To mało czasu na sprawiedliwe ułożenie stosunków rasowych. Później rewanż skrzywdzonych może być brutalny.

Gwałtowne starcia protestujących z policją, jakie od dziewięciu dni przetaczają się przez USA, zostały wywołane drastycznym nagraniem zabójstwa czarnoskórego mieszkańca Minneapolis George’a Floyda przez białego policjanta. Ale są też efektem ogromnej frustracji mniejszości etnicznych, jaka narasta w tym kraju od wielu dziesięcioleci.

Czarni, Latynosi i Azjaci żyją na znacznie niższym poziomie niż biali, mają o wiele mniejsze szanse na skończenie porządnych studiów i przyzwoite ubezpieczenie zdrowotne.

Pandemia te kontrasty jeszcze wyostrzyła. Covid-19 uśmierca proporcjonalnie 2,4 razy częściej czarnoskórych mieszkańców USA niż Amerykanów o europejskich korzeniach.

To także Afroamerykanie i Latynosi stanowią nieproporcjonalnie dużą część spośród 40 milionów osób, które zaraza wyrzuciła na bruk. Utrzymując się z dorywczych zajęć, pierwsi padli ofiarą fali bezrobocia.

Co jednak szczególnie niepokojące, skala tej dyskryminacji nie zmniejszyła się od lat sześćdziesiątych, kiedy ustawy o prawach obywatelskich i wyborach zakończyły epokę apartheidu. Bieda przechodzi tu z pokolenia na pokolenie.

Płonąca dziś Ameryka pokazuje jednak, że reformy będą konieczne. I to szybko. Biali czują się dziś co prawda pewnie. Ale bardzo szybko będą w mniejszości i, zakładając, że Ameryka pozostanie demokracją, mogą zostać zmuszeni do oddania władzy mniejszościom etnicznym. A te, jeśli budowa bardziej sprawiedliwego społeczeństwa nie zacznie się teraz, mogą sięgnąć do radykalnych rozwiązań.

Jeszcze w połowie XX wieku biali stanowili 90 proc. amerykańskiego społeczeństwa, dziś to 60 proc. Tempo zmian jest więc bardzo szybkie. I takie pozostanie.

Jak oblicza prestiżowy instytut Brookings, w 2045 roku biali będą w mniejszości. Już teraz w szkołach podstawowych i średnich dzieci z rodzin o korzeniach europejskich stanowią 44 proc. uczniów, a w grupie milenialsów, młodzieży do 20.  roku życia, „kolorowi” to już większość. Na przepaść etniczną nakłada się więc przepaść pokoleniowa, co stanowi prawdziwie wybuchową mieszankę.

Ten proces jest zresztą o wiele bardziej zaawansowany na południu kraju, w stanach, które Ameryka odebrała Meksykowi. W Kalifornii biali stanowią już ledwie ponad jedną trzecią ludności. Wielu z nich, szczególnie starszych, woli przenieść się do sąsiedniej Arizony, byle być „wśród swoich”. W Los Angeles, podobnie jak w innych wielkich miastach tego stanu, biali w ogóle nie mają wstępu do niektórych dzielnic kontrolowanych przez latynoskie gangi. Aby poznać przyszłość etniczną Kalifornii, wystarczy zajrzeć do tutejszych szkół podstawowych i średnich, gdzie dzieci europejskiego pochodzenie są w zdecydowanej mniejszości: to mniej niż jedna czwarta uczniów.

Podobny jest układ w Teksasie, Nowym Meksyku, Newadzie, Dystrykcie Kolumbii. W tej dekadzie dołączy do nich kolejnych dziesięć stanów, gdzie biali będą w mniejszości.

To prowadzi do pytania o perspektywy polityczne kraju. System prezydencki jest oparty na wielkich elektorach, których zgarnia kandydat z największą liczbą głosów w danym stanie. Dlatego wybory w 2016 r. były być może ostatnimi, które wygrał polityk jawnie przeciwny mniejszościom etnicznym.

Mur z Meksykiem, cięcia w podatkach dla najbogatszych i subwencjach socjalnych, prześladowanie nielegalnych imigrantów: Donald Trump próbuje utrzymać władzę białych nad Ameryką. Ale to walka z wiatrakami. Zmiana składu etnicznego Ameryki wynika z długofalowych zmian demograficznych, które pozostają poza kontrolą prezydenta. Od 2015 r. liczba białych maleje, bo rodzi się w tej grupie mniej dzieci, niż umiera starszych. Latynosi, czarni i Azjaci nie mają tego problemu, bo to społeczności o wiele młodsze, gdzie wzór dużej rodziny pozostaje żywy. Umacnia ich też imigracja: spośród 43 mln Amerykanów urodzonych za granicą, 82 proc. wywodzi się z Ameryki Łacińskiej, a jedynie 11 proc. – z Europy. I będzie tych ostatnich jeszcze mniej, bo dla Polski i reszty Unii Ameryka dawno przestała być atrakcyjnym miejscem na nową ojczyznę. A Ukraińcy czy Białorusini znaleźli sobie miejsce na saksy po sąsiedzku.

W 2016 roku Partia Republikańska próbowała łagodnie przejść do nowej rzeczywistości. Po pierwszym czarnoskórym prezydencie stawiała na Marca Rubio czy Teda Cruza – poważnych kandydatów do nominacji republikańskiej wywodzących się z latynoskich rodzin.

W osobie Donalda Trumpa zwyciężyła jednak koncepcja kurczowego trzymania się dotychczasowego układu.

Przykład RPA czy Izraela pokazuje jednak, jak trudno jest pogodzić taką politykę z utrzymaniem zasad demokracji. Już teraz USA mają z tym zresztą problemy: wedle waszyngtońskiego Freedom House kraj ma tylko 86 punktów na 100 w ocenie wolności, tyle co bardzo przecież krytykowana na Zachodzie Polska (84) i wyraźnie mniej od Niemiec (96). A bez głębokich reform może być o wiele gorzej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA