fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Tomasz Krzyżak: PiS chce wrócić do tematu aborcji

Fotorzepa, Robert Gardziński
Prezes PiS przekonuje, że tylko jego partia stoi na straży tradycyjnych wartości w Polsce. Jednak słowa to za mało, by zawiedziony elektorat znów mu uwierzył.

Jarosław Kaczyński usiłuje odzyskać zaufanie środowisk pro-life, Kościoła oraz części elektoratu, który liczył na to, że po dojściu do władzy PiS zmieni przepisy dotyczące aborcji. Zaufanie to partia rządząca straciła jesienią ubiegłego roku, gdy pod naciskiem ulicy, w drugim czytaniu Sejm odrzucił obywatelski projekt ustawy Ordo Iuris i fundacji „Pro – prawo do życia” zakładający całkowity zakaz aborcji.

Teraz Kaczyński puszcza do zawiedzionych oko. W rozmowie z „Gościem Niedzielnym” przekonuje, że „PiS w żadnym wypadku nie wycofuje się z dążenia do zakazu aborcji z powodu choroby dziecka” i że ma on szansę „na wprowadzenie w stosunkowo nieodległym czasie”. Jarosław Kaczyński nie precyzuje dokładnie, kiedy się to stanie. Nie obiecuje, że będzie to jeszcze w tej kadencji Sejmu, ale zaznacza, że dla niego sprawa jest ważna i będzie „dążył do tego, aby ją skutecznie rozwiązać”.

Dla osób, którym zależy na ochronie życia poczętego, deklaracje prezesa PiS z pewnością są bardzo ważne, ale trzeba podchodzić do nich z bardzo dużą rezerwą.

Po pierwsze, partia rządząca, gdyby rzeczywiście chciała, już dawno wykreśliłaby z obecnie obowiązującej ustawy o planowaniu rodziny z 1993 r. przynajmniej punkt zezwalający na tzw. aborcję eugeniczną. Wystarczyłoby bowiem zaskarżenie tego przepisu do Trybunału Konstytucyjnego. Zdaniem wielu ekspertów (m.in. prof. Andrzeja Zolla) powodem do przerwania ciąży, czyli do zabicia dziecka nienarodzonego, nie może być bowiem jego ciężka nieuleczalna choroba albo wada rozwojowa, której nie da się usunąć, bo jest to klasyczna eugenika. Wydaje się, że uzyskanie orzeczenia o jego niezgodności z ustawą zasadniczą było możliwe także w poprzednim składzie TK – o obecnym nie wspominając.

Po drugie, PiS wcale nie musiał odrzucać jesienią projektu obywatelskiego, który całkowicie zabraniał aborcji. Mógł skierować go do ponownych prac w komisjach i tam przywrócić dwa wyjątki, w których aborcja byłaby dozwolona (zagrożenie dla życia lub zdrowia ciężarnej oraz ciąża będąca wynikiem czynu zabronionego). Mógł także usunąć z projektu zapis dotyczący karalności kobiet. I wcale nie musiałby procedować tej ustawy w błyskawicznym tempie. Mógł poczekać na najlepszy dla siebie czas.

W obu scenariuszach osiągnięty zostałby cel, o którym teraz mówi prezes Kaczyński. PiS nie zdecydowało się na takie działania. Jakby na pocieszenie rząd Beaty Szydło uruchomił program „Za życiem”, który miał przyczynić się m.in. do zmniejszenia się w Polsce liczby aborcji. Premier obiecywała też dużą akcję społeczną promującą ochronę życia. Jak dotąd takiej kampanii nie uruchomiono.

Temat aborcji wkrótce wróci. W Sejmie jest projekt ustawy, który w formie petycji złożyła Polska Federacja Ruchów Obrony Życia, lecz zajmująca się nim komisja nie bardzo wie, co z nim zrobić. Nie jest też tajemnicą, że fundacja Kai Godek (niegdyś działaczki fundacji „Pro – prawo do życia”) pracuje nad swoim projektem, pod którym latem mają być zbierane podpisy, tak by w końcu roku trafił do Sejmu.

Jarosław Kaczyński doskonale wie, że przed tym tematem nie ucieknie. Jednak samo przekonywanie społeczeństwa, że tylko PiS jest gwarancją tego, że „lewacka rewolucja obyczajowa, która w Unii jest normą, nie zwycięży w Polsce” nie wystarczy do tego, by wygrać kolejne wybory. Za deklaracjami musi bowiem pójść realne działanie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA