fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

11 listopada

Stulecie niepodległości: Godność zamiast dumy

Fotorzepa, Robert Gardziński
Zacznijmy od poszanowania samych siebie. Od uzdrowienia polskiej pracy, od naprawy polskich sądów, i wreszcie od udanej reformy polskiej edukacji – pisze publicysta, współpracownik „Plusa Minusa".

Różne wysoko postawione osoby namawiają nas, abyśmy w stulecie niepodległości byli dumni z naszej ojczyzny. Czy rzeczywiście istnieje obiektywna, społeczna potrzeba odczuwania przez nas narodowej dumy? Sprawa wcale oczywistą nie jest.

Pierwsza wątpliwość: duma jako taka słabo nadaje się na jakikolwiek realny program społeczny. Jest to uczucie subiektywne, a nawet, wbrew pozorom, intymne. Nie można jej w jakimkolwiek trybie zadekretować. Poza tym duma jest jakby wartością dodaną, produktem ubocznym działania. Bez niego, bez „czynu”, o który wołały pokolenia naszych przodków, gołosłowne poczucie dumy, wywoływane na siłę, zawsze będzie fałszywe. Będzie tylko wyimaginowaną rekompensatą za nasze rzeczywiste braki lub niepowodzenia.

Co ważniejsze, duma skierowana jest na zewnątrz. Ona pokazuje i to jest jej istota. Nie ma dumy bez innych – tych, którym można powód do dumy zaprezentować. Robinson Kruzoe, samotny na bezludnej wyspie, mógł być chwilowo zadowolony z własnego wynalazku, który umożliwił mu dalsze przetrwanie, ale dumą chybabyśmy tego nie nazwali. Co innego, gdy pojawił się Piętaszek...

I takim Piętaszkiem jest dla nas świat. Bo to przed światem, a nie przed innym Polakiem, powinniśmy być dumni z polskości. Co zatem możemy owemu światu z dumą pokazać? Naszą demokrację? Wolne żarty! Chyba nikt z jej obecnego, niestabilnego stanu nie jest zadowolony: ani ci, którzy uważają, że idziemy w złym kierunku, ani ci, co przekonują nas, że w dobrym. To może nasze gospodarcze sukcesy? Jeżeli nawet tylko połowa tego, co serwują nam codziennie w państwowej telewizji, jest prawdą, rzeczywiście jest się czym pochwalić. Problem w tym, że nie potrafimy samych siebie, ogółu Polaków, przekonać do takich strategicznych inwestycji, jak Centralny Port Komunikacyjny czy przekop Mierzei Wiślanej, nie wymagajmy więc tego od innych. Do nich przemówią wyniki, a nie deklaracje. Podobnie ma się rzecz z 500+, inicjatywą udaną, ale tylko w wymiarze lokalnym, środkowoeuropejskim, jako gest odejścia od epoki kompradorskiego kapitalizmu.

Bierzemy się więc za to, co minęło. Za historię. Pokażmy światu, jak wspaniałym narodem byliśmy przez ostatnie tysiąc lat. Ale nawet na tym odcinku rzeczywistość nam trochę kuleje. Słusznie odkłamujemy krzywdzące nas stereotypy, ale może w takim razie zdecydujmy się odkłamać je... do końca? Bo prawda o naszej historii, owszem, jest piękniejsza i bardziej budująca, niż to wydaje się światu, ale też zawiera wątki gorzkie dla nas samych. Pedagogika wstydu nie była rozwiązaniem najlepszym, ale pedagogika dumy ma tę słabą stronę, że bardzo łatwo ją strywializować. Bo duma – jak powiedział Chesterton – idzie pod rękę z pokorą. Inaczej staje się pychą.

Przez ostatnie 250 lat, a nawet dłużej, Polska jest dla nas nie tylko realnością, ale po trosze także projektem. Tak było w okresie II RP i tak jest nadal. My to wiemy i sami sobie dajemy ulgową taryfę: może nie jest jeszcze tak, jak być powinno, ale kiedyś... Znowu jesteśmy wtedy w zaklętej sferze życzeń, w sferze Polski wirtualnej. Więc z dumą może lepiej poczekać.

Zatem – co zamiast dumy? Skoro tak lubimy odwoływać się do historii, przypomnę za profesor Anną Grześkowiak-Krwawicz, że przed rozbiorami nasi przodkowie, nieznający jeszcze takich słów jak „niepodległość” czy „suwerenność”, posługiwali się w zamian łacińskim terminem dignitas. Godność, majestat Rzeczypospolitej. W tym to pojęciu zawierał się także postulat wolności, tej osobistej, ale i tej wspólnotowej. Bo wtedy ich nie rozdzielano. Dziś, mimo upływu wieków i zmieniających się definicji państwa, godność jako wezwanie nic nie straciła na wartości. Przeciwnie, wydaje się, że obecnie deficyt godności przeżywamy powszechnie.

Poczucie godności, w odróżnieniu od dumy, egzystuje niezależnie od zewnętrznego obserwatora. Jest przyrodzone. Jest też pozytywnie wsobne: osobistą godność dostrzegamy najpierw w samych sobie, aby z czasem, przez porównanie, dostrzec ją i w innych. Zacznijmy więc od poszanowania samych siebie. Od uzdrowienia polskiej pracy, gdzie nadal człowiek pomiata człowiekiem. Od naprawy polskich sądów, ale nie partyjną prywatą, lecz wspólnym wysiłkiem. Od udanej wreszcie reformy polskiej edukacji, bo bez niej szerzyć będziemy jedynie kolejne narodowe kompleksy. Tym łatwiej przyjdzie nam kiedyś dogadać się ze światem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA