Społeczeństwo
Bidul dla pełnej rodziny
- Pietryga: Ostrożnie z ingerencją
- Marczuk: Rok rodziny czy żarłocznego fiskusa
- Nie pozwolą zabrać rodzicom dzieci?
- Marczuk: Oda do dziennikarzy
- Zdort: Komu przeszkadza zwykła rodzina?
- Państwo zawiodło w sprawie dzieci
- Jeśli wkracza sąd, dzieci są w potrzasku
- Zabrali dzieci Bajkowskich do bidula
- Dzieci Bajkowskich zostają w domu dziecka
- Rzecznik popiera Bajkowskich
- Niemowlę do domu dziecka
Rodzice, którym sąd zabiera dzieci, poszli na terapię, by poprawić relacje w rodzinie. I płacą za to najwyższą cenę.
Historia zaczyna się w 2010 r. W listopadzie do Krakowskiego Instytutu Psychologii przychodzi rodzina Bajkowskich. Rodzice z własnej inicjatywy chcą rozwiązać swoje problemy – ich starsi synowie nie lubią chodzić do szkoły.
Rodzina odbywa w Instytucie siedem spotkań rodzinnych i osiem małżeńskich. Jak opisuje w opinii wydanej na potrzeby sądu Rodzinny Ośrodek Diagnostyczno-Konsultacyjny (RODK), w ich trakcie ojciec i matka przyznają się do stosowania kar cielesnych (klapsy), terapeutów niepokoi też „stawianie małoletnich w sytuacjach nadmiernej samodzielności i odpowiedzialności" (chodziło o ich podróż pociągiem z Krakowa do Łodzi oraz pozostawienie na weekend w domu).
Rodzice mają z dziećmi świetny kontakt. Zawsze były czyste, miały drugie śniadanie
Rezygnacja niewskazana
Rodzice chodzą na terapię ponad rok, rezygnują w marcu 2012 r. W kolejnym miesiącu terapeuci Instytutu zawiadamiają sąd o stosowaniu wobec dzieci przemocy. W maju w domu Bajkowskich, na wniosek sądu, pojawia się kurator, który przeprowadza wywiad. Wskazuje, że nie jest w stanie stwierdzić, czy w rodzinie istnieje problem przemocy.
Mimo to sąd jeszcze w tym samym miesiącu wszczyna postępowanie o ograniczenie władzy rodzicielskiej rodzicom. Prosi też szkołę, do której uczęszczają chłopcy, o opinię na ich temat. Czytamy w niej, że chłopcy mają średnią od 4,3 do 4,6, są zadbani, czyści, rodzice interesują się ich sytuacją, a „współpraca z nimi układa się bardzo dobrze, są obecni na zebraniach".
W lipcu odbywa się jednak kolejna rozprawa. Sąd decyduje, by badanie rodziny przeprowadził RODK. Ośrodek w wydanych opiniach stwierdza, że chłopcy mieszkają z rodzicami, „mają zaspokojone podstawowe potrzeby bytowe i opiekuńcze. Rodzice interesują się ich zdrowiem, problemami, sytuacją szkolną, dbają o właściwe zorganizowanie czasu wolnego". RODK ma natomiast zastrzeżenia do „warunków wychowawczych dzieci", wskazuje, że rodzice „wadliwie funkcjonują w swoich rolach".
W konkluzji stwierdza, że chłopcy pozostają w „bardzo trudnych warunkach rodzinnych, zaburzających ich rozwój emocjonalny", a rodzice „nie zabezpieczają potrzeb psychicznych dzieci". Ojciec ma być dominujący i „górujący nad synami", w rodzinie zaburzone są „więzi emocjonalne".
RODK w piśmie skierowanym do sądu 21 stycznia tego roku zaleca odebranie dzieci z domu i skierowanie do placówki socjalizacyjnej (rodzina zastępcza, rodzinny dom dziecka, dom dziecka).
Ograniczona władza
Na rozprawie 30 stycznia sąd ogranicza władzę rodzicielską rodziców i nakazuje umieścić dzieci w placówce opiekuńczo-wychowawczej.
W piśmie przesłanym do redakcji „Rz" rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Krakowie Waldemar Żurek podkreśla, że „ingerencja sądu opiekuńczego w sferę władzy rodzicielskiej jest ostatecznością, a priorytetem jest rozwiązywanie problemów wychowawczych przez rodziców". Tłumaczy, że w u Bajkowskich „sąd na podstawie opinii RODK i pozostałego materiału dowodowego uznał, iż w sprawie zachodzą podstawy do ograniczenia rodzicom władzy rodzicielskiej (...), a propozycje zastosowania nadzoru kuratora czy terapii pedagogiczno-psychologicznej są nieadekwatne do panującej w rodzinie sytuacji i sprzeczne z dobrem dzieci". Zdaniem sądu opinia RODK była kompleksowa. Rzecznik podkreśla, że sąd nie zakazał rodzicom kontaktu z dziećmi.
Nie chcę iść do więzienia
– Do dzisiaj nie oddaliśmy dzieci – mówi „Rz" Bartosz Bajkowski, ich ojciec. Tłumaczy, że otrzymali we wtorek z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej pismo, w którym wskazał on dom dziecka, do którego powinny zostać zaprowadzone.
– Nie wykonamy tego postanowienia i będziemy czekać na policję, która z kuratorem będzie nam zapewne próbować odebrać dzieci siłą – mówi Bajkowski.
Na pytanie, jak tę sytuację odbierają synowie, odpowiada, że nie dopuszczają myśli, by zabrano ich z domu. Relacjonuje, że pytają go, po co odrabiać lekcje, skoro „idą do więzienia".


![[?]](http://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)













