Opinie
Gorący spór o prywatność danych
Obowiązkowe zatrzymywanie danych telekomunikacyjnych wcale nie usprawniło walki z terroryzmem czy przestępczością w ogóle – pisze prezes Fundacji Panoptykon
Czesi wygrali właśnie walkę o prywatność w komunikacji elektronicznej. Tamtejszy Trybunał Konstytucyjny uznał przepisy o retencji danych za niekonstytucyjne, tym samym zwalniając operatorów telekomunikacyjnych i dostawców Internetu z obowiązku przechowywania danych o komunikacji elektronicznej ich klientów.
Zdaniem Trybunału zatrzymywanie danych o wszystkich wiadomościach – esemesach, e-mailach, rozmowach telefonicznych i odwiedzanych stronach internetowych – zbyt głęboko ingeruje w sferę prywatną obywateli. Istniejące przepisy prawa nie dawały też wystarczających gwarancji, że zgromadzone informacje o życiu wszystkich Czechów nie będą nadużywane.
Polskie prawo w tym zakresie jest o wiele gorsze, ale wciąż obowiązuje.
Na fali strachu
Retencja danych to obowiązkowe zatrzymywanie informacji o wszystkich rodzajach połączeń elektronicznych na potrzeby bezpieczeństwa publicznego. Operatorzy telekomunikacyjni muszą przechowywać dane niezbędne do ustalenia kto, kiedy, gdzie, z kim i w jaki sposób się połączył lub próbował połączyć. W wypadku sieci telefonicznych jest to np. numer telefonu, czas połączenia czy stacja przekaźnikowa, w zasięgu której znajdował się wykonujący i odbierający połączenie. W wypadku Internetu to ok. 60 rodzajów śladów elektronicznych, jakie pozostawiają po sobie użytkownicy w różnych miejscach sieci. Te dane są następnie udostępniane na każde żądanie służb specjalnych, policji, prokuratury i sądów.
Retencja danych to zatrzymywanie informacji o wszystkich rodzajach połączeń elektronicznych na potrzeby bezpieczeństwa publicznego
Obowiązek retencji danych wynika z przepisów Unii Europejskiej. Przyjęto go na fali strachu po zamachach w Madrycie i Londynie, wierząc, że wojna z terroryzmem wymaga dostarczenia służbom wywiadowczym wszelkich możliwych danych. Cztery lata po wejściu tych przepisów w życie krajobraz polityczny i poglądy na sensowność retencji danych są diametralnie inne. Komisja Europejska dokonuje właśnie oceny skutków stosowania dyrektywy o retencji danych, czemu towarzyszy gorąca debata.
Z zebranych do tej pory analiz i odpowiedzi przesłanych przez państwa członkowskie wcale nie wynika, że obowiązkowe zatrzymywanie danych telekomunikacyjnych usprawniło europejską walkę z terroryzmem czy przestępczością w ogóle. Porównanie sytuacji w państwach, które wprowadziły obowiązek retencji, i pozostałych zupełnie nie potwierdza korelacji między skutecznością w tropieniu przestępstw a zatrzymywaniem danych. Okazuje się, że ilość danych przechowywanych przez rozmaitych dostawców usług dla celów komercyjnych – czyli bez względu na obowiązek retencji – jest z zasady wystarczająca.
Na brak danych nakłada się rosnący opór ze strony państw członkowskich. Sądy konstytucyjne kolejnych państw odrzucają koncepcję obowiązkowego gromadzenia danych o komunikacji wszystkich obywateli. Retencja danych została już podważona w Niemczech, Rumunii, Bułgarii, na Węgrzech i – teraz – w Czechach.
Nad Wełtawą...
Czeskie prawo nakazujące zatrzymywanie danych o komunikacji obywateli było – tak jak analogiczne polskie przepisy – wynikiem implementacji unijnej dyrektywy. Jednak różnica w jakości polskiego i czeskiego prawa jest zasadnicza.
W Czechach czas przechowywania danych był ograniczony do sześciu miesięcy, a dostęp służb wywiadowczych i policji uzależniony od zgody sądu. Zgodnie z celem dyrektywy dane były też gromadzone tylko na potrzeby prewencji antyterrorystycznej. W Polsce analogiczne dane są przechowywane przez dwa lata, udostępniane policji i służbom bez kontroli sądu lub prokuratora (często na zasadzie elektronicznego interfejsu) i wykorzystywane we wszelkich sprawach kryminalnych, a nawet procesach cywilnych (np. rozwodowych).
Tę różnicę w czeskim i polskim podejściu do wykorzystywania danych telekomunikacyjnych widać doskonale na liczbach. W ubiegłym roku w Czechach dane o komunikacji obywateli zostały przekazane służbom i policji przez operatorów w 87 tysiącach przypadków. W Polsce mieliśmy 1 382 521 udostępnień. To porównanie – oczywiście przy uwzględnieniu różnicy w liczbie mieszkańców – mówi samo za siebie. Mimo że dostęp do danych o komunikacji obywateli był dość mocno ograniczony, a ilość przypadków, w których z nich skorzystano, nie była szokująca, Czesi uznali, że retencja narusza ich podstawowe prawa.















