REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Ekonomia » Wiadomości

Motoryzacja

Japońska Barbie z Tychów

Danuta Walewska 03-07-2009, ostatnia aktualizacja 03-07-2009 03:32
Różowe fiaty 500 przygotowane do wyjazdu  do japońskich salonów
źródło: fap
Różowe fiaty 500 przygotowane do wyjazdu do japońskich salonów
Zdzisław Arlet, dyrektor tyskiej fabryki, i jego sztandarowy produkt – fiat 500
źródło: fap
Zdzisław Arlet, dyrektor tyskiej fabryki, i jego sztandarowy produkt – fiat 500

Poniedziałek 6 lipca to dla pracowników Fiata data kluczowa. Wtedy fabryka powinna otrzymać srebrny medal World Class Manufacturing. Takie wyróżnienie mają tylko dwie fabryki

Brązowy już mają, bo w kompleksowej ocenie zdobyli 56 punktów. Na srebro, które w grupie Fiata mają tylko dwa zakłady: w tureckiej Bursie i włoskim Melfi, trzeba zdobyć od 60 do 70 pkt.

Drastyczną poprawę jakości wymusił na wszystkich fabrykach Fiata Sergio Marchionne, kiedy pięć lat temu objął stanowisko prezesa grupy. Fiat Auto miał wtedy mnóstwo problemów, a najbardziej dokuczliwe to brak gotówki i jakość. Teraz z gotówką jest lepiej, a jakość dla pracowników Fiata to kwestia honoru. W przeszłości na liście najlepszych fabryk Fiata turecki Tofas wymieniał się z fabryką w Tychach. Srebrna jakość dała Tofasowi oszczędności w wysokości 14 mln euro. W Tychach wiedzą, że nie będzie łatwo, bo wyrok wyda Japończyk, wyjątkowo skrupulatny profesor Hajime Yamashina z Uniwersytetu w Kioto.

Amerykanom się podoba

Ale już teraz pracownicy tyskiej fabryki Fiata pękają z dumy. To właśnie takie samochody, jakie produkują, mają ratować amerykańskiego Chryslera. Chętnie pojadą do Ameryki albo Meksyku, gdzie „amerykański brat” ma swoje fabryki, pokazać, jak się robi dobre małe samochody, które palą tyle co nic. Do Stanów pojechał już były szef tyskiego Fiata Olgierd Andrycz, który wcześniej kierował fabryką koncernu w Cassino i znany był z tego, że potrafił po włosku opowiadać śląskie dowcipy.

Amerykanie byli w Tychach dwukrotnie, oglądali fabrykę, o której prezes Fiata mówi, że to jego ulubiona w koncernie. – Ludziom z Chryslera podobały się hale produkcyjne, że tak jasno i czysto, i tyskie wkrętaki, którymi dokręca się śruby w samochodach – mówi Krzysztof Rosołowski, szef działu montażu. Są bezprzewodowe, a nie jak w innych fabrykach – uczepione długich wysięgników, które plątały się i groziły wypadkiem. To tyskie rozwiązanie, jedno z kilkudziesięciu tysięcy ulepszeń zgłaszanych przez pracowników – dodaje Rosołowski. – Albo pytali: Ile macie gejtów jakościowych, gdzie kontrolerzy sprawdzają produkcję?

Nie wiedzieli, o czym Amerykanie mówią. Jakość sprawdza się nieustannie i zaczyna od „prześwietlenia” komponentów, które do fabryki przyjeżdżają od poddostawców. Każdy pracownik na taśmie ma swoją pieczątkę, więc dokładnie wiadomo, kto co zrobił. – Nie ma co się łudzić, że będziemy eksportować „500” do Ameryki – studzi euforię pracowników dyrektor fabryki Zdzisław Arlet. – Jeśli już, to auta przyjadą na rynek amerykański z fabryki Chryslera w Meksyku lub USA.

„500”, która już zadebiutowała na salonie samochodowym w USA, musi zostać odpowiednio dostosowana do wymagań amerykańskich.

Chopie, potrafisz!

Chcesz być dyrektorem?

– zapytał Arleta w 1994 roku włoski szef Fiata w Polsce. Arlet był wtedy dyrektorem Zakładu Karoserii Fiat Auto Poland SA w Bielsku-Białej. – Nie wiem, czy potrafię – odpowiedział. – Chopie, potrafisz – namawiali koledzy. – Muszę zapytać żonę – odpowiedział szefowi.

Myślał kilka dni, zapytał żonę. Alicja Arlet była tego samego zdania. – No to powiedziałem, że chcę.

Kiedy Marchionne kazał się poprawić jakość, Arlet wiedział, że trzeba wyznaczyć konkretny cel, czyli wprowadzenie Total Quality Management – totalnego zarządzania jakością. – Chopy, damy radę – teraz on przekonywał. Już w 2006 roku stanął na scenie w Budapeszcie razem z dyrektorem fabryki pracującej dla BMW. Obydwaj wprowadzali TQM i razem odbierali certyfikaty.

Arlet nie ukrywa, że zdarza mu się krzyknąć i porządnie objechać, kiedy ktoś popełnia głupie błędy. Albo kiedy słyszy, że czapki chroniące włosy niszczą fryzury zatrudnionych w fabryce elegantek. – Codziennie w którejś z hal produkcyjnych przemawia do setki ludzi. – Czasami trzeba krzyknąć – przyznaje. – No i ma rację – zgadzają się pracownicy spawalni. I dodają: – To Ślązak i jeszcze góral. Tacy się szybko denerwują .

Kiedy najbardziej się wścieka? Gdy ktoś mówi źle o jego fabryce. – To dlaczego pracują tutaj dziadkowie, rodzice, dzieci i wnuki, a za bramą jest taka długa kolejka chętnych? – Nasi pracownicy z każdej zmiany pracują siedem godzin i pięć minut z ośmiu godzin. Reszta to przerwy na wypoczynek i posiłki. Żeby nie chodzili daleko do stołówki, to jadalnie są w każdej z gigantycznych hal, w których pracuje po kilkaset osób. Posiłki są dofinansowywane przez firmę. Jest własna przychodnia – tłumaczy.

Poprzednia
1 2
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Deficytowi top menedżerowie

Po raz pierwszy na polskiej liście deficytowych pracowników znaleźli się w tym roku przedstawiciele kadry zarządzającej, choć nie brakuje kandydatów na najwyższe stanowiska >>