REKLAMA
Tutaj jesteś: rp.pl » Wiadomości » Opinie » Publicystyka

Rynek pracy

Emerytalny egzamin dojrzałości

Kamil Wierus, Maciej Bukowski 07-12-2011, ostatnia aktualizacja 07-12-2011 20:08
W jakim wieku Polka ma przed sobą jeszcze 20 lat życia?
źródło: rp.pl
W jakim wieku Polka ma przed sobą jeszcze 20 lat życia?
źródło: rp.pl

Propozycja zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn nie jest niczym nowym w polskiej polityce

Już w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych zaczęli o niej napomykać ekonomiści i demografowie, jednak dopiero spowolnienie gospodarcze lat 2001-2003 i poważne tarapaty w jakie wpadły polskie finanse publiczne stworzyły wystarczającą przestrzeń polityczną, by ten temat poruszyć w debacie publicznej. Spirytus movens zmian stał się wicepremier rządu SLD-PSL prof. Jerzy Hausner który firmował pierwszy od czasów Leszka Balcerowicza kompleksowy program reform zmieniających filozofię i sens wydatkowania znaczącej części środków publicznych.

Poczesne miejsce wśród przedłożonych w Planie Hausnera propozycji zajmowało zrównanie ustawowego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn na poziomie 65 lub 67 lat. Proces ten miał być rozłożony na nie więcej niż dekadę i rozpoczynać się już w roku 2010 lub 2011. Autorzy planu próbowali w ten sposób uświadomić polskim politykom, że w obliczu gwałtownych przemian demograficznych utrzymanie emerytalnego status quo stanie się niczym więcej jak szkodliwą i kosztowną ekstrawagancją na którą państwa na dorobku nie będzie stać. Jak wiemy była to próba równie heroiczna, co nieudana. Plan przepadł w parlamencie głosami wielokolorowej koalicji obejmującej nie tylko opozycyjne PO i PiS, lecz także część parlamentarzystów SLD i PSL. Przekonanie polityków do podjęcia wysiłku naprawienia wadliwej konstrukcji finansów polskiego państwa, okazało się być niewykonalne. Co charakterystyczne, z samej propozycji podnoszenia wieku emerytalnego jeszcze przed sejmową batalią wycofał się nawet wicepremier Hausner, uznając, że i tak jest ona bez szans. Niewiele to pomogło pozostałym jego zamiarom – sejmowi koledzy nie chcieli bowiem dać wiary, że bez reform trwałe niezbilansowanie finansów polskiego państwa doprowadzi nas w czasie krótszym niż dziesięć lat do granicy powyżej której pożyczkodawcy nieuchronnie zaczną tracić cierpliwość.

Osiem lat później w tym właśnie miejscu jesteśmy – nasze zobowiązania są o kilkaset miliardów złotych i kilkanaście procent PKB wyższe, a zagrożenie podążenia kursem grecko-węgierskim staje się coraz bardziej realne. Wobec tych zagrożeń premier Donald Tusk i minister finansów Jacek Rostowski postanowili porzucić usypiającą retorykę „ciepłej wody w kranie" i zapowiedzieli czas „trudnych reform". Wśród propozycji jakie premier przedstawił w swoim expose, znalazł się dobrze znany z planu Hausnera projekt zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn na poziomie 67 lat. Tym razem jednak rząd założył ostrożnie, że zmiany potrwają aż 30 lat. Tak łagodna propozycja jest, jak się wydaje, odbiciem przekonania premiera o nieprzezwyciężalnym oporze polskiej klasy politycznej wobec samej idei „reform wymagających wyrzeczeń" ze zmianami wieku emerytalnego na czele. Obawy te można zrozumieć – wszak sam Donald Tusk, Jacek Rostowski czy inni prominentni politycy PO, wielokrotnie twierdzili, że reformy są jedynie mrzonką niewielkiej grupy szalonych ekspertów opętanych żądzą reformowania za wszelką cenę. Dziś politycy PO otrzeźwieni kryzysem w strefie euro przyznają, że „pewne reformy są jednak konieczne" a „czas bezczynności się skończył". Zdają się rozumieć, że silne są te państwa, które swoje problemy rozwiązują, a nie te, które chowają głowę w piasek. Jednocześnie nowej gotowości premiera do spojrzenia na Polskę AD 2011 bez sztucznie różowych okularów, zdają się nie podzielać ani jego koledzy z koalicji ani tym bardziej z opozycji. Duża część naszej klasy politycznej wydaje się dalej śnić sen o zielonej wyspie w przedziwny sposób immunizowanej na problemy świata zewnętrznego i szczęśliwie niezależnej od obowiązujących inne kraje praw demografii i ekonomii.

Czy oddawanie przez premiera Donalda Tuska znacznego pola przeciwnikom modernizacji już w fazie przygotowania przedłożeń reformatorskich jest uzasadnione? Losy planu Hausnera pokazują, że polska polityka ochoczo odrzuci każdą próbę zmian strukturalnych, niezależnie od tego jaka będzie jej ekonomiczna treść, wystarczy tylko, że dostanie taką możliwość. Nasi politycy wierzą bowiem, że wszelkie reformy muszą być „trudne", i przyniosą tylko „pot i łzy", nie dając ludziom nic w zamian. Szczególny paradoks polega na tym, że wśród wielu rzekomo „bolesnych reform" jakie można sobie wyobrazić, nie znajduje się wydłużenie okresu pracy zawodowej kobiet. Reforma ta należy bowiem do tych, których bilans jest jednoznacznie pozytywny zarówno dla samych zainteresowanych, jak i gospodarki jako całości, skarbu państwa czy społeczeństwa. Mimo to, właśnie ta zmiana jest najsilniej kontestowana i to właśnie wokół niej roją się tłumy politycznych Świętych Mikołajów z workami pełnymi księżycowych obietnic. Trudno o lepszy przykład irracjonalności polskiej polityki.

Poprzednia
1 2 3
Rzeczpospolita
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.
Rekomenduj artykuł Oddano głosów:
Tu nas znajdziesz: Daj znać! DO GÓRY
Zamknij

Przeczytaj też: >>

Saryusz-Wolski: Grecja: próba dla całej Unii

Groźny jest jednak nie tylko finansowy aspekt kryzysu greckiego, ale też jego konsekwencje geopolityczne w postaci potencjalnej destabilizacji na południowo-wschodniej flance Unii Europejskiej >>