Publicystyka
Dystrybucja winy
Rosja mogłaby pozostawić przy życiu Litwinienkę, mogłaby wypuścić Chodorkowskiego, ale wielkoduszność byłaby oznaką słabości. Także wielkoduszność wobec Tuska, nawet po „hołdzie smoleńskim” – pisze filozof społeczny
Na co w zasadzie liczył Donald Tusk, tak długo i cierpliwie czekając na raport MAK oraz wynik pracy komisji Putina? W środę przekonywał w Sejmie, że prowadził twardą grę, w której miał na uwadze przede wszystkim polską rację stanu – pokój, a więc stabilność wewnętrzną i bezpieczeństwo zewnętrzne, które wymaga utrzymywania dobrych stosunków z Rosją, oraz prawdę – prawdę o przyczynach katastrofy smoleńskiej.
Nie powiedział jednak, co zamierzał i zamierza zrobić, gdyby nastąpił konflikt między tymi celami. Na przykład co byłoby priorytetem, gdyby ujawnienie prawdy groziło narażeniem się na rosyjskie retorsje lub zagroziło pokojowi wewnętrznemu? Można było też odnieść wrażenie, że stabilizacja kraju dla Donalda Tuska to niezakłócone niczym rządy jego partii i ich potulna akceptacja przez społeczeństwo, a dobre relacje z Rosją to ów niesmaczny „kicz pojednania”, który nam zafundowano w najmniej stosownym momencie.
Dwóch Tusków
Tusk „przedraportowy” i Tusk „poraportowy” mówią o Rosji i prowadzonym przez nią śledztwie tak różne rzeczy, że kolejny raz pojawia się pytanie, czy nie mamy do czynienia z poważnym i chronicznym przypadkiem rozszczepienia jaźni.
„Przedraportowy” Tusk twierdził, że „nie było w historii dużych katastrof lotniczych postępowania tak transparentnego”. W czasie konferencji prasowej
29 kwietnia 2010 r. zapewniał, że Rosji można ufać. Jak donosiła wówczas „Rzeczpospolita”, „Premier przekonywał, że Rosjanie niczego przed nami nie ukrywają. – Nie mamy powodów sądzić, by po stronie rosyjskiej były próby zaciemniania śledztwa – zaznaczył”.
Tego samego dnia mówił w Sejmie: „Od pierwszych godzin po katastrofie jesteśmy w kontakcie ze stroną rosyjską, także z najwyższymi przedstawicielami, a więc i z premierem Federacji Rosyjskiej, i prezydentem. Na użytek tej dzisiejszej informacji, jeszcze wczoraj prosiłem o potwierdzenie lub zaprzeczenie osób i instytucji, które działają po stronie polskiej, informacji na temat tego, w jaki sposób Rosjanie, instytucje rosyjskie, zachowują się w trakcie tych prac. A przede wszystkim, czy ze strony rosyjskiej pojawiają się jakieś blokady [utrudniające] prace wyjaśniające polskim instytucjom”.
I przekonywał: „Zarówno ze strony prokuratury, jak i ze strony akredytowanego przedstawiciela państwa polskiego uzyskałem zapewnienie, informację, że do tej pory nie zdarzyło się nic, co mogłoby zakwestionować dobrą wolę i gotowość do pełnej współpracy ze strony rosyjskiej. Nie zrzuca to z nas obowiązku też takiej ciągłej koncentracji i egzekwowania uprawnień strony polskiej, wynikających z przepisów i zasad, jakie ze stroną rosyjską ustaliliśmy”.
Jak egzekwowanie wyglądało potem, wszyscy widzieliśmy, ale nie dzięki informacjom rządu. Jeszcze we wrześniu 2010 r. na Konwencji Krajowej PO, deklarując, że nie da się namówić na wypowiedzenie politycznej wojny Rosji, kiedy Rosjanie robią coś nie tak, jak polski rząd tego oczekuje, bagatelizował trudności i sprowadzał je do stylu pracy Rosjan. Zapowiedzi pozostały optymistyczne: „Chcemy dobrej współpracy z Rosjanami, jeśli chodzi o śledztwo. Ono powoli zbliża się do takiego pierwszego finału i myślę, że te wyjaśnienia będą rzeczywiście szczegółowe”.
Tym finałem, i to ostatecznym, okazał się raport MAK. I wtedy nagle dowiedzieliśmy się od premiera RP, że po stronie rosyjskiej są ludzie, którym zależy na ukryciu prawdy, i że Rosja się nie zmieniła.
Dlaczego Tusk nie trzymał się początkowej strategii i nie przyłączył się do opinii Bronisława Komorowskiego, że sprawa jest istotnie „arcyboleśnie prosta”? Mógłby przecież liczyć na lojalność znacznej części społeczeństwa, które chce wierzyć, że winnymi katastrofy mogą być tylko Lech Kaczyński i generał Błasik, przymuszający pilotów do lądowania, oraz na wsparcie elity, na czele z Andrzejem Wajdą i Danielem Olbrychskim, bo nie tylko Rosja się nie zmieniła, ale oni także.















