Publicystyka
Znak pamięci ma sens tylko przed pałacem
Zapowiedzi usunięcia krzyża z Krakowskiego Przedmieścia zderzają się z obawami tej "drugiej połowy" Polski, że oto nowa władza kult smoleński chce ograniczyć, w głębi duszy nim gardząc
Czy krzyż na Krakowskim Przedmieściu stanie się powodem pierwszej "świętej wojny" po wyborach prezydenckich? Teoretycznie nie powinien, ale praktycznie – wszystko ku temu zmierza.
Drewniany krzyż ku czci ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem powstał w pewnej określonej chwili, w specyficznej atmosferze. Był naturalnym symbolem ustawionym w miejscu, które setki tysięcy warszawiaków wybrały instynktownie. Gdzie przychodzili się modlić i czuwać w ciągu ośmiu dni żałoby – od chwili katastrofy samolotu Tu154 aż do pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu. Nie powstał z inicjatyw PiS – wykonali go harcerze, ale stał się własnością wszystkich, którzy przychodzili na Krakowskie Przedmieście. Na tabliczce, którą harcerze przybili do krzyża, do dziś znajduje się informacja, że krucyfiks ten stać będzie do momentu zbudowania w tym miejsca pomnika ku czci ofiar.
Gdy tydzień oficjalnej żałoby minął, Bronisław Komorowski, pełniący wówczas obowiązki głowy państwa, postanowił krzyż pozostawić. Uniknął dzięki temu oskarżeń o brak szacunku dla swego poprzednika. Potem – dwa i trzy miesiące po tragedii – pod krzyżem dwukrotnie złożyła kwiaty delegacja członków PiS. Ten gest mógł zrodzić obawy, że Prawo i Sprawiedliwość chce symbolicznie zaanektować to miejsce.
Przeciwnicy partii Jarosława Kaczyńskiego mówili o zawłaszczaniu wspólnego symbolu. Zwolennicy ugrupowania bronili się, argumentując, że nikomu nie wzbraniano przecież wykonać podobnego gestu, a Klub Parlamentarny PiS powiadomił kolegów z innych klubów o miejscu i dacie składania kwiatów.
Rodzi się jednak pytanie: jak długo takie symbole jak krzyż spod Pałacu Prezydenckiego powinny stać? Paweł Lisicki ("Rz", 13.07.2010) jest zdania, że krzyż był symbolem żałoby, a gdy ta minęła, racja bytu krzyża na Krakowskim Przedmieściu się skończyła. Tym bardziej, że staje się osią czysto partyjnego sporu. Ja patrzę na sprawę inaczej. Krzyż stał się pamiątką tamtego wydarzenia. Dlaczego nie miałby nadal tego miejsca wyróżniać?
Czyje sanktuarium
Dyskusję na temat obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim wywołała w sobotę, 10 lipca, "Gazeta Wyborcza", która w wywiadzie z prezydentem elektem nie omieszkała poruszyć tego tematu. Oliwy do ognia dziennikarze dolali pytaniem: "Czy pałac pozostanie sanktuarium Lecha Kaczyńskiego"? Odpowiedź Komorowskiego była chłodna: "Pałac Prezydencki jest sanktuarium państwa. Krzyż, co było zrozumiałe, postawiono w nastroju żałoby, ale żałoba minęła i trzeba te sprawy uporządkować. Krzyż to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce". Komorowski ani słowem nie wspomniał o pomniku czy tablicy, która mogłaby zastąpić krzyż. To prezydent zatem zaczął konflikt, który dziennikarze ochrzcili bezosobowym: "zamętem wokół krzyża"W niedzielę Jacek Michałowski, szef Kancelarii Prezydenta, w Radiu Zet podkreślił, że nie warto odkładać przeniesienia krzyża. Dokąd? Polityk bronił się co prawda, że "Kancelaria nie ma na razie swojego typu", a "zdanie powinien mieć Kościół", zarazem wskazał jednak, że może to być Świątynia Opatrzności Bożej, katedra warszawska lub Cmentarz Powązkowski, gdzie pochowano część ofiar katastrofy. Z kolei rzecznik rządu Paweł Graś jako najlepsze miejsce dla krzyża zaproponował Świątynię Opatrzności Bożej, odpowiedzialność za rozwiązanie problemu spychając na Kościół.
Kuria warszawska szybko zgodziła się na rozmowy, ale przypomniała, że decyzja należy do urzędu prezydenta, bo krzyż stoi na terenie państwowym.
Dwie wrażliwości
Gdyby rzecz się działa w jakimkolwiek innym kraju, spór o to byłby czysto administracyjny. W Polsce jednak dotyka dwóch, ostro skonfliktowanych, wrażliwości – zwolenników Platformy i osób utożsamiających się z Lechem Kaczyńskim.Oczywiście list Zbigniewa Ziobry wzywający prezydenta elekta do uszanowania krzyża wytworzył wyraźny kontekst polityczny. Zwłaszcza że doszedł do tego spór o zdjęcia zmarłych posłów PiS w sejmowych ławach. Prawo i Sprawiedliwość stało się stroną w konflikcie, ale powtórzę – jeśli rodzi się jakiś spontaniczny ruch obrony krzyża, to raczej jest to inicjatywa oddolna. Istotą potencjalnego konfliktu jest bowiem zderzenie dwóch przeciwstawnych punktów widzenia.















