Publicystyka
Piękni ludzie, pełni dobrych uczuć
Jeśli nikogo nie wzburza półgodzinna relacja z protestu 200 ludzi przeciwko pochowaniu prezydenta pod Wawelem, to skąd protesty przeciwko filmowi pokazującemu procesy, które zachodzą w wielotysięcznym tłumie? – pyta autorka filmu „Solidarni 2010”
Film „Solidarni 2010” jest mojego autorstwa, ja ponoszę za niego wyłączną odpowiedzialność, jest zrobiony według mojego scenariusza i zmontowany w mojej obecności. Ataki na Janka Pospieszalskiego mają zły adres.
Zobacz też dwugłos: Spór o film dokumentalny Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego
Nie mam szefa, jestem „wolnym strzelcem”, pod Pałac Prezydencki poszłam spontanicznie z własnej woli, z kamerą, w odruchu utrwalenia czegoś ważnego. Nagrywanymi rozmowami zainteresowała się TVP. Chcąc porozmawiać przed kamerą z kimś, kto był na miejscu – w Katyniu – na uroczystościach, które się nie odbyły – umówiłam się z Jankiem Pospieszalskim na Krakowskim Przedmieściu (ktoś powiedział mi, że on miał relacjonować uroczystości z Katynia i on m.in. poinformował ludzi o tragedii).
Tam, na ulicy przed Pałacem, zobaczyłam, jakim wielkim szacunkiem darzą go ludzie w jak wielkiej masie i to – od razu uprzedzam krzywdzący stereotyp – wcale nie przez ludzi określanych mianem moherów.
Prawo do wyrażania poglądów
Starałam się przekazać głęboką potrzebę złączenia się w bólu, wzajemnego wsparcia, ale i troskę o państwo i potrzebę wyrażenia patriotycznych uczuć, szacunku do państwa, do prezydenta jako głowy państwa w sytuacji zagrożenia, najpoważniejsze obawy dotyczące przyczyn katastrofy i dezaprobatę wobec mediów, czyli te emocje, które tak bardzo były obecne wśród osób zgromadzonych pod Pałacem Prezydenckim. Nie roszczę sobie pretensji do całościowego uchwycenia procesu żałoby.
Była to próba uchwycenia nastrojów i zarejestrowania – jak to odebrałam – pewnego zrywu społecznego, który dokonuje się na moich oczach. Była to też próba przywrócenia równowagi w jednostronnych relacjach medialnych z żałoby – całkowicie pomijających lęki i obawy społeczne, czy przyczyną katastrofy nie był zamach. Oraz próba oddania głosu ogromnej części społeczeństwa – która sama o sobie mówi, że od lat była dyskryminowana i upokarzana przez media. Ludzie przed naszą kamerą tłumaczyli się: czy ja wyglądam jak moher? Czy jestem ciemniakiem? Mam dwa fakultety, prowadzę firmę.
Poważne dyskusje, a w ślad za tym potrzebne działania, często zaczynają się od najprostszych banalnych pytań, które urzędnicy szepczą sobie na ucho, a ulica stawia je głośno
Nikt z tych ludzi nie zabraniał innym na swój sposób przeżywać tragedii, nikt nikogo nie poniżał ani nie uważał, że ma patent na bycie prawdziwym Polakiem i wyłączność na przeżywanie żałoby. Ale oni także mają prawo do uczestniczenia w życiu społecznym, wyrażania swoich poglądów, reprezentacji w mediach i szacunku. Dojmujące poczucie braku tego wszystkiego odebrałam jako bardzo niepokojący sygnał dotyczący naszego życia społecznego zwłaszcza w dziedzinie wolności słowa.
Nie pytałam o zawód
Nikogo nie pytałam, na kogo głosował, a jak sam mówił, te wypowiedzi zostały usunięte z filmu. Nikogo nie pytałam o zawód – na kilkaset osób, z którymi rozmawiałam, może w czterech przypadkach pada to pytanie – naturalnie rodzące się z przebiegu rozmowy.
Pierwsze pytania „Co tu robisz, po co tu przyszedłeś, co czujesz?” Prowokowały do dalszej rozmowy, która była spontaniczna.
Na około 100 pokazanych w filmie osób, jest chyba trzech aktorów (być może jest jeszcze ktoś nierozpoznawalny) i przynajmniej jeden reżyser (Lech Majewski). Przypuszczam, że są profesorowie, studenci, kucharze, właściciele firm itp. Nie wiem, bo tak jak mówię, nie pytałam o zawód. Nie uważam, żeby bycie aktorem wykluczało możliwość przeżywania żałoby i dzielenia się swoimi uczuciami.
Rozmowa z człowiekiem, którego wiarygodność podważają niektóre media dlatego, że jest aktorem, była niezwykle dramatyczna. Może dla niektórych jest zbyt patetyczna. Dla mnie stanowiła duże przeżycie. Była to druga noc po katastrofie. Nie było jeszcze trumien w Pałacu. I tak jak w dzień gromadzili się ludzie, tak w nocy było praktycznie pusto. Poza ekipami sprzątającymi znicze.















