Publicystyka
Parytety? Dla wszystkich!
Doprawdy trudno dostrzec, aby polityka w wykonaniu posłanek Piekarskiej, Senyszyn, Kempy, Śledzińskiej-Katarasińskiej, Pitery czy Hojarskiej różniła się od polityki realizowanej przez kolegów tych pań – pisze publicysta
Jeśli nawet projekt ustawy parytetowej tym razem padnie w Sejmie, to i tak wróci. Wróci, bo progresywistyczni działacze szczerze weń wierzą. A także dlatego, że jest to dla nich wygodne narzędzie służące do niszczenia tradycyjnego społeczeństwa. I również dlatego, że ideę parytetów wsparła grupa pań – polityków i dziennikarek – w innych sprawach zaangażowana po prawicowej stronie sporów. Co jest gratką dla progresywistów – bo unaocznia nośność tematu i możliwość wprowadzania podziałów w szeregi oponentów.
Zwolennicy parytetu wysuwają trzy główne argumenty. Po pierwsze, kobiety czują się dyskryminowane, więc trzeba ten stan zmienić. Po drugie, że specyficzne, różne od męskich zainteresowania kobiet, wynikające z ich punktu widzenia, w świecie polityki przełożyłyby się na większe zainteresowanie ustawodawcy ważnymi sprawami, którymi teraz interesuje się on za mało (np. żłobki i przedszkola). Po trzecie – że specyficzna kobieca wrażliwość wpłynęłaby pozytywnie na jakość polityki, wprowadziła do niej więcej merytoryczności i współdziałania, zmniejszyłaby zaś powszechność walki o władzę dla władzy powodowanej podobno niekontrolowanymi wypływami testosteronu.
Trzeci argument jest tak niezwiązany z rzeczywistością i ideologiczny, że niezwykle trudno uwierzyć, by przytaczany był w dobrej wierze. Bo doprawdy trudno dostrzec, aby polityka w wykonaniu pp. Piekarskiej, Senyszyn, Kempy, Śledzińskiej-Katarasińskiej, Pitery czy Hojarskiej różniła się od polityki realizowanej przez kolegów tych pań. Czy to pod względem merytoryczności, czy to pod względem słynnej kobiecej delikatności i wrażliwości. Sądzę, że dokładnie to samo mógłby powiedzieć każdy wieloletni obserwator innych gremiów profesjonalnych, np. zespołów redakcyjnych.
Młodzi i starzy
Inaczej jest z argumentem pierwszym i drugim. Istotnie, część kobiet czuje się dyskryminowana i nie zawsze jest to przekonanie niesłuszne. I jest prawdą, że kobiecy punkt widzenia i wrażliwość są inne niż męskie, i ze społecznego punktu widzenia warto, aby ta wrażliwość i ten punkt widzenia były uwzględniane w procesie politycznym. Wydawałoby się, że to oczywisty argument na rzecz parytetu. Tylko że… nie ogranicza się to do kobiet.
Bardzo podobnie można byłoby powiedzieć np.o grupach wiekowych. Któż zaprzeczy, że społeczeństwo dzieli się na młodych i starych, względnie na młodych, starych i w wieku średnim? Każda z tych grup ma własny punkt widzenia i własną wrażliwość, odmienne od pozostałych wiekowych kategorii. Doświadczenie i punkt widzenia każdej z nich są potrzebne dla zachowania równowagi w procesie ustawodawczym, który powinien wszak mieć na uwadze interesy wszystkich. Tymczasem zjawiskiem powszechnym jest, iż „młodzi” uważają się za dyskryminowanych przez „starych”. I często w jakimś sensie rzeczywiście bywają, bo ich odsetek we wszelkich ciałach decyzyjnych odbiega in minus od ich odsetka w społeczeństwie. Z kolei „starzy” często skarżą się, iż są bezwzględnie – mimo własnego doświadczenia i wiedzy merytorycznej – wypychani przez „młodych”.
Oba te zjawiska niewątpliwie w jakiejś formie istnieją, i oba są jakoś społecznie szkodliwe. Stwórzmy zatem kolejny parytet, tym bardziej że procent kobiet w społeczeństwie jest z pewnością mniejszy niż zsumowane odsetki młodych (uznajmy za takich np. osoby do 35 lat) i starych (czyli np. po 60. roku życia), a więc ich problem trzeba uznać za poważny. Zdecydujmy, że na listach wyborczych ma być tylu młodych i starych, ilu ich jest w społeczeństwie. Oczywiście, warunek zachowania tej proporcji dotyczyłby również kandydatek. A więc parytet w parytecie.
Idźmy dalej. Kilka procent każdego społeczeństwa to osoby homoseksualne. Osoby te często uważają się (bywa, że nie bezzasadnie) za dyskryminowane. A działacze gejowscy przekonują nas, że doświadczenie homoseksualne stanowi podstawowy element tożsamości tych osób.
Czy nie są to poważne argumenty na rzecz wprowadzenia kolejnego parytetu? Niech dwa albo cztery procent kandydatów musi być gejami. Oczywiście dotyczyć to winno w równej mierze kandydatów młodych i starych, jak i mężczyzn i kobiet. A więc parytet w parytecie, a wszystko to jeszcze raz w parytecie…















