Publicystyka
Prymasostwo za wszelką cenę
Abp Muszyński i inni biskupi uznali, że niegdysiejszy status TW nie jest przeszkodą do objęcia godności prymasa. Czy aby na pewno? - zastanawia się publicysta "Rz"
Sobotni ingres prymasowski abp. Henryka Muszyńskiego musi budzić mieszane uczucia. Tytuł prymasa Polski miał dla Polaków zawsze szczególne znaczenie. Symbolem tego było choćby powierzanie w przeszłości prymasom funkcji interreksa – głowy państwa w okresie między śmiercią jednego króla a wstąpieniem na tron kolejnego.
W ciągu ostatnich 80 lat dzięki posłudze kardynałów: Augusta Hlonda, Stefana Wyszyńskiego i Józefa Glempa tytułowi temu przypisany został wysoki autorytet moralny. Jutro tytuł ten otrzyma duchowny, którego nie sposób ocenić jednowymiarowo. W swojej kościelnej karierze abp Muszyński ma bowiem wiele budzących szacunek osiągnięć, inicjatyw, publikacji i odznaczeń. Ale jednocześnie komunistyczna bezpieka uznała go za tajnego współpracownika, czyli cenne źródło informacji. Taki status nigdy nie splamił nazwiska wielu zasłużonych kapłanów. Potrafili oni, podobnie zresztą jak wspomniany kardynał Glemp, oprzeć się próbom usidlenia przez SB.
TW prymasem
Około trzech lat temu podobne oskarżenia wywołały poważną dyskusję na temat nominacji abp. Stanisława Wielgusa na metropolitę warszawskiego. On także miał wiele budzących szacunek zasług, a jednak jego uwikłanie w tajną współpracę ze służbami PRL i związane z tym kontrowersje doprowadziły do jego rezygnacji z godności.Wtedy zabierałem głos w dyskusjach. Wskazywałem, że objęcie funkcji arcybiskupa Warszawy przez osobę naznaczoną statusem TW będzie uznaniem, że okoliczność taka nic w Kościele polskim nie znaczy. Dziś obdarzenie kapłana, który był TW, godnością prymasa Polski de facto tę okoliczność unieważnia.
Krytycy powyższego zdania – które nie przychodzi mi łatwo – zapewne zwracać będą uwagę, że sytuacja abp. Muszyńskiego jest zupełnie inna niż ta, w której znajdował się bp Wielgus. Że wtedy, gdy zapadała decyzja o jego nominacji, nie działała jeszcze kościelna komisja lustracyjna. Obrońcy przyszłego prymasa wskazywać będą zapewne, że abp Muszyński przeszedł wyznaczoną przez episkopat procedurę lustracyjną, której wyniki bez zastrzeżeń przyjęła do wiadomości Stolica Apostolska.
A jednak precedens pozostaje precedensem. Były TW otrzymuje dziś tytuł, który wielu Polaków wiąże z najwyższymi standardami moralnymi.
Ucieczka do przodu
Komisja kościelna wydała werdykt w sprawie ok. 30 przypadków TW w episkopacie, uznając, że żaden z ich nie był świadomym ani szkodliwym współpracownikiem bezpieki. Uważam, że był to kompromis, noszący znamiona ucieczki od oceny moralnej tego skomplikowanego, ale i niezwykle deprawującego sumienia zjawiska, jakim były kontakty z SB.Ale skoro tekst ten dotyczy abp. Muszyńskiego, to przypomnijmy, że Kościelna Komisja Historyczna, potwierdziła, iż SB zarejestrowała duchownego w 1975 r. najpierw jako kandydata na współpracownika, a w 1984 r. jako tajnego współpracownika o pseudonimie Henryk. Z listy TW został on wykreślony w 1989 r. Sam zainteresowany o istnieniu kwestii TW poinformował dopiero wtedy, gdy realna stała się sprawa jego ewentualnego prymasostwa.
Przychylam się do opinii tych, którzy wskazują, że udzielając wywiadu KAI w październiku 2008 r., abp Muszyński zastosował taktykę "ucieczki do przodu". Podkreślił wówczas: "Przy całym samokrytycyzmie, na jaki mnie stać, i przy najlepszej woli nie mogę dojść do tego, z czym ten fakt (przyznania statusu TW przez bezpiekę – red.) mógłby być związany". I dalej abp Muszyński deklaruje: "Pragnę oświadczyć z całą stanowczością, że nigdy, w żadnej formie – ani ustnej, ani pisemnej – nie wyraziłem zgody na jakąkolwiek formę współpracy z SB".
Arcybiskup zapewnia też, że nigdy nie zgodził się na żadne spotkanie dobrowolnie czy z własnej inicjatywy. Wszystkie miały charakter konieczny lub wymuszony. Dalej deklaruje, że nigdy nie doszło do spotkań z esbekami prywatnie i że nie istnieje żaden dokument, który zostałby przez niego podpisany.















