Publicystyka
Klimat jak z Ludluma
Czyżby przyroda pozostawała na usługach ekologów? Dość wspomnieć, że lipcowe wichury zabiły siedem osób, a czerwcowa powódź kosztowała miliard złotych
Szeryf (Barack Obama) dał się kupić cwaniakom ze Wschodniego Wybrzeża (ekolobby Ala Gore’a), a w saloonie lada chwila skończy się whisky (ustawa klimatyczna zrujnuje amerykańską gospodarkę). Tak oto amerykańskie zapasy o prawo klimatyczne widzą jego zagorzali przeciwnicy. Z pewnym zdumieniem odnajduję w tekście pana Mariusza Maksa Kolonki pt. „Ocieplenie – największy szwindel naszych czasów” echa tej westernowej stylistyki. Szczególnie, że wcześniej na łamach „Rzeczpospolitej” podałam solidne argumenty na to, że ustawa jest Ameryce potrzebna.
By zasypać przepaść pomiędzy nami (ekologami) a resztą świata, na chwilę zostanę sąsiadką pana Kolonki w którejś z mieścin w hrabstwie Bergen. Usiądźmy więc w fotelu w przeciętnym domu w Bergen, pogodnie popatrując na nasze osobiście uratowane drzewo (skądinąd, tak trzymać!). Nastrój może zepsuć nam fakt, że nasz wpływ na środowisko nie kończy się na kilku przydrożnych drzewach, ale przejawia się w sposobie, w jaki korzystamy z energii, podróżujemy i konsumujemy. Nasz fotel, niechybnie wyprodukowany w Chinach, stanowi poważne źródło emisji gazów cieplarnianych z produkcji i transportu.
Porzućmy chiński fotel i wdrapmy się na nasze amerykańskie drzewo, by nabrać nieco szerszej perspektywy.
Pan Kolonko wyraźnie dał do zrozumienia, że argumenty natury przyrodniczej (takie, jak niedźwiedzie smętnie popatrujące na topniejące lodowce) nie trafiają mu do przekonania. Sęk w tym, że ekologia rozumiana jako luksus, naddatek do rozwoju konsumpcji, jest pieśnią przeszłości. Straty gospodarcze związane z dewastacją przyrody (w tym z dewastacją klimatu) zmuszają nas do podjęcia nowatorskiego myślenia o rozwoju ograniczonym wyczerpującymi się zasobami planety.
Naiwni ekolodzy i rozsądni obywatele
Liczbom, faktom, uzasadniającym wprowadzenie klimatycznych regulacji, pan Kolonko przeciwstawia obrazowanie rodem z powieści sensacyjnej. Są więc ONI (naiwni ekolodzy), MY (rozsądni obywatele), a w tle biznesowe hieny pociągające za sznurki ekologicznych pacynek. Brakuje tylko prominentów usuniętych skrytobójczo (najlepiej zaczadzonych gazem cieplarnianym w swoim przepastnym SUV). Klimat jak z Ludluma.
Przeformułowanie paradygmatu rozwoju, odważny zwrot ku odnawialnym źródłom energii i efektywności wykorzystania energii to nasza szczepionka przeciw zmianom klimatu. Uparte powoływanie się na to, że tuzy biznesu zarobią na amerykańskiej ustawie klimatycznej, to jak rezygnacja ze szczepień, bo produkuje je duża, posażna firma farmaceutyczna.
Słusznie wskazuje pan Kolonko, że na idei można zarobić – również na idei ochrony klimatu. Zaprośmy więc naszych, polskich przedsiębiorców, by wskoczyli do pierwszego wagonika tej rozpędzającej się klimatycznej kolejki!
Pochylmy się nad stwierdzeniem, że wokół nowej ustawy klimatycznej kręcą się rzesze „grających w golfa, wyposażonych w czarne karty kredytowe cwaniaków”. Śmiem twierdzić, że kręciłyby się wokół każdej nowej obiecującej ustawy. Charakter obecnej przemiany (wraz z wpisaną w amerykańskie procesy legislacyjne podatnością na naciski) nie różni się niczym od innych przemian czy przełomów technologicznych. Twierdzenie, że ochrona klimatu jest „największym szwindlem naszych czasów” jest nadmiarowe, by nie rzec – bombastyczne.
Skoro problem jest palący, czy jesteśmy w stanie wyłonić w castingu 12 sprawiedliwych, którzy, w ramach umowy o dzieło, zatrzymają dla nas zmiany klimatu? Nie, działania podejmują ci, którzy już są w strukturach władzy. Nie mamy czasu wymienić ich na bardziej etyczne egzemplarze. To czysty, chłodny pragmatyzm, którego odmawiają mi i innym zwolennikom ochrony klimatu sceptycy, usiłując zepchnąć nas do getta naiwności bądź ekstremizmu.
Klimatyczny ping pong z Trzecim Światem
To pragmatyzm podpowiada, że powinniśmy rozmawiać z panem Liu z Pingliang (pozwolę sobie nazwać mojego chińskiego przyjaciela innym mianem, niż deprecjonujące „Ping Pong” pana Kolonko).
Według naukowców stoimy przed koniecznością drastycznego obniżenia emisji gazów cieplarnianych na głowę mieszkańca globu, nawet do poziomu 1 tony CO2 eq (dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych przeliczonych na CO2). Obecnie, zgodnie z danymi amerykańskiej rządowej Energy Information Administration, ten osobisty „ślad węglowy” wynosi dla Amerykanina ok. 20 ton CO2 eq, dla Polaka – 8 ton, a dla Chińczyka – 4,5 tony. Czterokrotnie niższe emisje dzielą pana Liu od dobrobytu mieszkańca hrabstwa Bergen i pan Liu ma tego świadomość. Nie czas grać w klimatycznego ping ponga. Wspólnie musimy powrócić do osobistego „śladu węglowego” rzędu 1 tony CO2 eq. Nie zmieni tego fakt, że mamy pana Liu w głębokim poważaniu. Pan Liu i tak upomni się (chyba słusznie?) o prawo do rozwoju. By więc pan Liu trzymał w ryzach swoje emisje i my musimy emitować mniej: ja, pan, panie Mariuszu, i każdy mieszkaniec Bergen zanurzony pogodnie w chińskim fotelu. I o to toczą się międzynarodowe negocjacje, w których, wbrew pozorom, Chiny nie są głównym hamulcowym. Dość wspomnieć, że Państwo Środka dysponuje obecnie największą na świecie mocą zainstalowaną w odnawialnych źródłach energii i wyznaczyło sobie ambitne cele podniesienia efektywności energetycznej gospodarki.















