Publicystyka
Pielęgnujmy wolność Internetu
Dzięki swobodzie dyskusji w Internecie nasza wolność się poszerzyła. Warto, by pamiętali o tym i dziennikarze, i politycy, zwłaszcza ci, których korzenie tkwią w ruchu solidarnościowym
Skomentuj na blog.rp.pl/janke
Czy pamiętacie państwo, co czuliśmy, kiedy w stanie wojennym dostawaliśmy otwarte listy ze stempelkiem "ocenzurowano"? Jak upokarzająca była świadomość, że naszą prywatną korespondencję czytał – a przynajmniej mógł czytać – jakiś urzędnik? Co czuliśmy, kiedy słyszeliśmy w słuchawce nagranie "rozmowa będzie kontrolowana"? Ci, którzy tego nie pamiętają, niech zapytają starszych przyjaciół albo rodziców.
Otóż, gdyby – ujawniona w ubiegłym tygodniu przez "Rzeczpospolitą" – propozycja policji, CBA i ABW, by totalnie inwigilować Internet, weszła w życie, mielibyśmy do czynienia z taką samą sytuacją. Tyle że na znacznie większą skalę. Przedstawiciele rządu na szczęście błyskawicznie wycofali się z fatalnych pomysłów. Zapewne przerazili się reakcji zainteresowanych. W ciągu jednego zaledwie dnia zdążyli się o projekcie wypowiedzieć przedstawiciele rozmaitych instytucji i firm z branży nowych mediów. Podejrzewam, że gdyby rząd nie zrobił kroku w tył, dziś mielibyśmy festiwal najróżniejszych akcji protestacyjnych organizowanych przez tysiące użytkowników sieci. Inwencja internautów jest nieograniczona, a dziś dysponują oni skutecznymi narzędziami porozumiewania się, organizowania, gromadzenia i wywierania nacisku.
Tej sprawy nie można jednak uznać za załatwioną i cieszyć się, że zagrożenie minęło. Niestety tego rodzaju pomysły – być może w innej, mniej absurdalnej formie – zapewne będą wracać. Warto więc mówić o skutkach takich regulacji, ale też i o tym, skąd się takie pomysły biorą. Dlaczego ludziom, którzy słowo "wolność" potrafią mielić na dziesiątki różnych sposobów, wolność w Internecie nie odpowiada?
Prawo do prywatności
Pierwszy powód jest oczywisty. To zagrożenie terroryzmem, choć w Polsce ciągle stosunkowo niewielkie, oraz rozwój nowoczesnej przestępczości. Współcześni gangsterzy coraz częściej używaj ą nowoczesnych technologii, zatrudniają najlepszych specjalistów i zamiast włamy wać się łomem do sklepu jubilera czy robić podkop pod bank, ślęczą przy komputerach i łamią kody bankowe. Poza tym także przestępcy komunikują się za pomocą e-maili i wykorzystują wirtualną sieć do popełniania realnych przestępstw. Z tego punktu widzenia pragnienie państwowych służb, by móc śledzić korespondencję, identyfikować anonimowych dyskutantów, jest całkiem naturalne.
Z łatwością mogę sobie wyobrazić frustrację funkcjonariusza CBA, który śledzi wątki jakiegoś śledztwa korupcyjnego i szlag go trafia, że nie ma natychmiastowego dostępu do korespondencji podejrzanego i wszystkich jego przyjaciół. Gdyby miał, pewnie śledztwo poszłoby szybciej. Jednak aby uzyskać możliwość wglądu do listów internetowych, musi teraz przejść mniej lub bardziej żmudną procedurę, co pewnie zabiera czas. Może więc dać mu ten dostęp? Przecież to dla naszego bezpieczeństwa.
Służby demokratycznego państwa chciałyby – dla naszego bezpieczeństwa oczywiście – w takim sam sposób jak w stanie wojennym otwierać wszystkie nasze listy, a za chwilę pewnie słuchać naszych rozmów. Z tą różnicą, że teraz komunikujemy się ze sobą za pomocą innych narzędzi.
W demokratycznym państwie służby są potrzebne i muszą mieć narzędzia do tropienia przestępstw, ale nie mogą być wszechwładne. Po to wprowadzane są ograniczenia. I dlatego o prawo założenia podsłuchu ciągle trzeba występować, a nie można podsłuchiwać każdego bez ograniczeń.
Gdyby było inaczej, mielibyśmy do czynienia z łamaniem prawa do prywatności, a nawet powrotem do policyjnego państwa, tyle że w dużo inteligentniejszej wersji. Czyli groźniejszej. Tyle że dziś nie ma czerwonego alarmu, nic nie wiemy o tym, by al Kaida planowała w Polsce, z pomocą surfujących po sieci Polaków, jakieś spektakularne akcje.
Bat na blogerów
Wprowadzenie powszechnej inwigilacji, o której myślały policja, ABW i CBA – pomijając możliwe nadużycia – miałoby też wiele innych skutków. W ubiegłym tygodniu po ujawnieniu tych planów przedstawiciele wielkich firm internetowych mówili o gigantycznych kosztach operacji. A właściwie o niemożności jej zorganizowania w praktyce. Gdyby jednak została choćby w części wprowadzona, jestem przekonany, że natychmiast wielu internautów i wiele firm przeniosłoby się na zagraniczne serwery. To też by ich trochę kosztowało, ale zapewniałoby swobodę. Krajowy biznes zapewne by na tym stracił i zmniejszyłyby się wpływy z podatków. Firmy mogłyby bowiem zacząć przenosić swoje interesy do innych krajów. Tam, gdzie jest jeszcze wolność.















