Publicystyka
Ostatnia taka niedziela
Już przed wyborami czerwcowymi w pozornie zjednoczonym obozie "Solidarności" trwał gorący spór o granice politycznego pluralizmu
Skomentuj na blog.rp.pl/semka
Tysiące ludzi, którzy współtworzyli zwycięstwo wyborcze „Solidarności" sprzed 20 lat, świętowały wczoraj przy szampanie. Wspominano nocne dyżury w półlegalnych drukarenkach, syrenki oklejone afiszami wypisanymi „solidarycą". Przypominano sobie, jak pachniały bzami ciepłe noce czerwca 1989 roku spędzone na plakatowaniu murów, jak cieszył radosny bałagan sztabów wyborczych i jak piękne były dziewczyny z naręczami ulotek.
Zapomniane kontrowersje
Jedno jest już pewne – dzień 4 czerwca jako symbol zmian 1989 roku wygrał z rocznicą rozpoczęcia Okrągłego Stołu i nic nie wskazuje, by konkurencją dlań mogła się stać wrześniowa rocznica powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego. To zła wiadomość dla postkomunistów, którzy woleliby świętować rocznicę Okrągłego Stołu jako – rzekomo – wspólne zwycięstwo. A wezwania Waldemara Kuczyńskiego, aby przy okazji 4 czerwca nie zapominać o generale Jaruzelskim, brzmiały nawet na łamach "Gazety Wyborczej" jak odosobnione dziwactwo. Generałowi 4 czerwca powinien kojarzyć się tylko z kubłem zimnej wody wylanej na pezetpeerowskie głowy. Wtedy, 20 lat temu, na krótko powróciła atmosfera solidarnościowego karnawału z lat 1980 – 1981. Atmosfera antykomunistycznej wspólnoty. Atmosfera bratania się wszystkich ze wszystkimi, jaką pamiętano z czasów pierwszej "Solidarności".
Ale czy istotnie wszystkich? Na archiwalnych zdjęciach sprzed 20 lat najwdzięczniej wypadają ci, którzy wówczas wykorzystali swoją szansę. Ale kto dziś pamięta, że w maju '89, gdy wiece wyborcze "Solidarności" były już legalne, komunistyczna SB wciąż rozganiała przy pomocy tajniaków spotkania KPN? Kto pamięta, że bezpieka nadal skrupulatnie inwigilowała zwolenników Kornela Morawieckiego z Solidarności Walczącej?
Jeszcze krótsza jest pamięć o tym, że w wyborach 4 czerwca demonstracyjnie nie kandydowali ludzie tak ważni dla solidarnościowej opozycji, jak Tadeusz Mazowiecki czy Aleksander Hall. Nikt jakoś nie przypomina o sporze w Komitecie Obywatelskim przy Lechu Wałęsie na zebraniu 8 kwietnia. Wówczas to prof. Adam Strzembosz zaproponował powołanie specjalnego komitetu politycznego, który łączyłby różne odłamy opozycji. A ideę tę wspierali Aleksander Hall, Tadeusz Mazowiecki, Jan Olszewski, Jacek Bartyzel czy Jan Rokita. Jednak poszerzeniu politycznej bazy "drużyny Lecha" przed wyborami 4 czerwca zdecydowanie przeciwstawili się Bronisław Geremek i Jacek Kuroń, do których opinii przychylił się Lech Wałęsa.
Zwolennicy szerokiego bloku antykomunistycznego przegrali wtedy w głosowaniu. Kto dziś pamięta, że zdruzgotani decyzją komitetu Tadeusz Mazowiecki (dziś traktowany jako symbol czerwcowego zwycięstwa), Aleksander Hall czy Marcin Król ogłosili wówczas, iż w tej sytuacji nie kandydują do parlamentu?
Przez korowskie sito
Kolejny spór o granice pluralizmu na listach OKP toczył się pod "solidarnościowym dywanem". Na zamkniętych spotkaniach, podczas których tworzono listy kandydatów. Decydującą pozycję, formalną i nieformalną, mieli tam politycy lewicy laickiej – Jacek Kuroń, Henryk Wujec, którzy mieli wtedy zadziwiająco duży wpływ na solidarnościowych związkowców – Zbigniewa Bujaka czy Władysław Frasyniuka. Obsada list była delikatną grą, po której zostało niewiele śladów – utrącenie kandydata bywało wynikiem jednej rozmowy w kuluarach, jednego telefonu z Warszawy. A środowisko Jacka Kuronia starało się o to, by na listy trafiali albo nierozumiejący istoty politycznych podziałów związkowcy, albo liberalna opozycyjna inteligencja odnosząca się z nabożną czcią do ocen Bronisława Geremka. Najmniejsze szanse mieli konserwatywni publicyści, którym zdarzyło się wcześniej toczyć polemiki z korowskimi tuzami.
W Poznaniu na przykład tamtejsi korowcy poparli umiarkowanych chadeków, aby wyciąć z list Marka Jurka. Niemal cudem zdołał się on potem dostać na listy w Lesznie.















