Muzyka
Rock częściowo nieświeży
To był rok polskich pewniaków, przebojów Karpiela Bułecki i dominacji nowej brytyjskiej gwiazdy Adele – rok 2011 w muzyce oceniają Paulina Wilk i Jacek Cieślak
Pośród krajowych wykonawców największy sukces komercyjny odniósł Zakopower z "Boso" (ok. 70 tysięcy egz.).
Wartość sprzedanej muzyki wzrosła – to wyjątek na skalę światową. Zadebiutował iTunes, a udział nagrań cyfrowych w rynku zwiększył się do 10 proc. Poziom artystyczny polskich premier był jednak słaby.
Młodość zawstydzona
Trzeba było stawiać na pewniaków. Znakomity, niezwykle barwny pod względem poetyckim, jak i muzycznym, album "8" nagrała Kasia Nosowska. Najwyższy poziom zaprezentowała Maryla Rodowicz na płycie "Buty 2" z odnalezionymi w archiwum piosenkami Agnieszki Osieckiej do muzyki Adama Sławińskiego, Jacka Mikuły i Seweryna Krajewskiego. Zwłaszcza ten ostatni, również płytą "Jak tam jest" (ponad 50 tys. egz.), po raz kolejny zawstydza młodych kompozytorów.
Jedyną spójną i przebojową poprockową propozycją była pierwsza płyta formacji Neo Retros "Listen to Your Leader". Triumfalnie powróciła supergrupa Kazik Na Żywo. Jej album "Bar La Curva/Plamy na słońcu" to muzyczny manifest wszystkich znudzonych komercją i politycznym klinczem.
Czytaj też - Literatura w 2011 roku
Mniej było zaskakujących, indywidualnych głosów młodych muzyków. Do nielicznych perełek warto zaliczyć akustyczną płytę "Quiet Giant" duetu Twilite – mistrzowska, subtelna muzyka tworzona z daleka od dominujących nurtów. Mocnym akcentem był też krążek Fisza i Emade "Zwierzę bez nogi". Bracia Waglewscy po dziesięciu latach na scenie buntują się przeciwko muzyce konfekcyjnej – zbyt gładkiej, ładnej i grzecznej, jakiej sporo także w kraju.
Zakopowera wylansował festiwal w Opolu, impreza chaotyczna i przypominająca jarmark w złym guście, z jednym ważnym wyjątkiem – koncertem poświęconym Ewie Demarczyk. Młode wokalistki i aktorki wniosły na scenę dawno niewidzianą wysoką jakość.
Festiwalu w Sopocie nie było, bo budowniczowie nie umieli zadaszyć Opery Leśnej. Dopiero pod koniec roku Polska zaczęła dysponować dużymi arenami do organizacji koncertów. Kompromitacją pozostaje brak nowoczesnej hali w Warszawie, a nawet brak planów jej budowy.
Stolica po raz pierwszy jednak znalazła się na letniej mapie festiwalowej – dwudniowy Warsaw Orange okazał się imprezą równie modną jak gdyński Open'er czy katowicki Off. Ale jego słabością był brak nowych, niewidzianych jeszcze w Polsce muzyków. Podczas Open'era zachwycili Prince i Coldplay, dwie wielkie gwiazdy, które zapewniły znakomite widowiska.
Poza tym było dużo koncertowych powtórek, które publiczność przyjmuje z malejącym entuzjazmem – spada sprzedaż biletów, występy przenoszono do mniejszych sal. Kryzys koncertowy dotyczy także krajowych gwiazd. Polacy oglądali je głównie w telewizyjnych talent showach. Największy sukces odnieśli jurorzy, choć wystąpili w mało twórczej roli, znajdując sobie zajęcie w czasie, gdy na słabnącym rynku coraz trudniej sprzedać bilety.
Wśród amatorów nie objawił się nikt na miarę Brodki czy Ani Dąbrowskiej. Gienek Loska to sympatyczny naturszczyk, a Michał Szpak prezentuje klasyczny przerost formy nad treścią.
Czas nostalgii
Ale największą płytową sensacją w Polsce była Adele. Jej album "21" z hitem "Rolling Into Deep" zdobył tytuł Diamentowej Płyty z wynikiem 130 tysięcy sprzedanych egz. Sukces spointowało DVD Brytyjki "Live at The Royal Albert Hall" – Polacy kupili już 20 tysięcy krążków. Światowy sukces Adele pokazał, że popowa publiczność jest zmęczona widowiskowymi idolkami, zatęskniła za prostymi piosenkami, naturalnością i pięknym śpiewem.
Kariera nawiązującej do lat 60. piosenkarki jest też przejawem tęsknoty za zmarłą Amy Winehouse (jej pośmiertna płyta "Lioness: Hidden Treasures", choć złożona z coverów i wersji demo, potwierdza, jak świetną była wokalistką) i dowodem na utrzymującą się w muzyce rozrywkowej nostalgię.















