Podróże
Apetyt na Tallin
Tegoroczna Europejska Stolica Kultury wygląda i smakuje lepiej niż wiele od niej słynniejszych metropolii. Warszawa może się od Tallina uczyć: czystości, gustu i kreatywności.
To co uderza w estońskiej stolicy od razu po postawieniu auta na jednym z licznych otaczających stare miasto parkingów, jest dbałość o wygląd nawet tak wydawałoby się nieciekawych detali jak betonowa ściana podtrzymująca skarpę; toaleta miejska, reklamy sklepów czy tablice informacyjne.
Ściana skarpy jest oblicowana białym kamieniem, a z jej szczytu zwisają girlandy ozdobnych krzewów dzięki czemu nie razi na tle średniowiecznych murów ciągnących się wokół starego miasta przez trzy kilometry. Miejskie toalety to obszerne, zielone drewniane domki w stylu fin de siècle, które nie tylko nie śmierdzą, ale i nie rażą wśród historycznej zabudowy.
Tablice opowiadające historię Tallina ubrano w faszynę z brzozowych patyków, co nadaje im pierwotny, naturalny charakter. Sklepy na tallińskiej starówce reklamują nie plastikowe manekiny, ale ręcznie robione kukiełki z dzianiny, ubrane w stroje regionalne.
Średniowieczni handlarze
Do tego dochodzą zachwycające w swojej pomysłowości, odwadze i guście fontanny, w które obfitują mniejsze i większa place oraz skwery. Mnie najbardziej podobali się siedzący na różowej marmurowej kolumnie dwaj nadzy chłopcy z czarnego marmuru, trzymający nad głowami miedziany parasol, z którego ścieka woda.
Takich wysmakowanych detali uważny turysta znajdzie w Tallinie dużo więcej. Na przykład metalowy zając-pędziwiatr przed apteką oczywiście „Pod zającem" czy skrzynki z ziołami w kawiarnianej restauracji przy rynku.
Na tallińskiej starówce próżno szukać reklam zaśmiecających polską stolicę; bud z zapiekankami i pizzą czy straganów od Sasa do Lasa. Prażone orzechy i migdały w miodzie, zioła i regionalne wyroby dziewiarskie sprzedawane są z drewnianych wozów średniowiecznych (z drewnianymi kołami), a sprzedawcy ubrani są w stroje z epoki. Do kupowania zachęcają heraldzi i trubadurzy; tańczące w rytm tamburynów cyganki.
W sklepach rękodzielniczych sprzedawcy mają obowiązek wyglądać „na ludowo".
- To mój roboczy kostium, ale i reklama naszych wyborów. I bardzo pasuje do tego sklepu, gdzie mamy wyroby z estońskiej wełny, drewna, ceramikę i bursztynową biżuterię — śmieje się Ingrid, ubrana w czarną chustę w maki, czarny dziergany sweterek i dzianinową spódnicę. Na szyi ma korale z ciemnego bursztynu, a w uszach srebrne kolczyki.
Maria-Lisa pulchna roześmiana kelnerka z głównego rynku (tzw. Ratuszowy) nosi długie blond włosy zdobne wiankiem z polnych kwiatów, ma białą bluzkę i długą barwną spódnicę. Tak wyglądać tu mogła każda szynkareczka kilkaset lat temu.
Dziś w ponad 400-tysięcznym Tallinie mieszka jedna trzecia mieszkańców Estonii. Drugie tyle przybywa turystów i to oni robią tłok na ulicach miasta.
Wielka ambasada w małej Estonii
Zabytków i ciekawych muzeów (w tym rewelacyjny skansen budownictwa wiejskiego w Rocca al Mare) w Tallinie jest tyle, że na ich zwiedzenie potrzeba kilku dni. Jeżeli mamy tylko jeden dzień, to wystarczy on na spacer po starówce. Najstarszą część estońskiej stolicy tworzą dwa oddzielne miasta — Górne zwane Toompea oraz Dolne — All-linn.
Wczesnośredniowieczna Toompea jest oficjalną dzielnicą estońskich władz — rządu i parlamentu. Stoi tu zamek kawalerów mieczowych z XIII wieku. Brukowane kocimi łbami wąskie uliczki, kościoły (w tym kapiący od złota katedralny sobór prawosławny Aleksandra Newskiego) otacza jeden z najlepiej zachowanych w Europie kompleks murów obronnych z 45 basztami, z których do dziś dotrwało 26.
Przy murach można spotkać łuczników w strojach oczywiście średniowiecznych oferujących lekcje strzelania z łuku angielskiego za 5-10 euro. Same mury zostały w czasie II wojny zniszczone, ale Estończycy skrupulatnie je odbudowali wraz z głównymi basztami.
Także przy murach ciągnie się kompleks parkowy zwany Parkiem Królów Duńskich dla podkreślenia związków miasta i kraju ze Skandynawią, a nie z Rosją, pod którą Estończycy pozostawali przez ostatnie 200 lat. Rzeczywiście wpływów rosyjskich tutaj nie widać.















