Publicystyka
W stronę centrum
Czy prezesa PiS kusi wizja kampanii prezydenckiej jako pięknej, samobójczej szarży obozu IV RP?
Podejmując decyzję o kandydowaniu, Jarosław Kaczyński odpowiedział na pytanie powtarzane w ciągu ostatnich dni przez zwolenników i przeciwników Prawa i Sprawiedliwości. Było to pytanie ważne, ale nie najważniejsze dla polskiej polityki. Na pytanie najważniejsze prezes PiS odpowiedzi jeszcze nie udzielił. Może obecnie sam jej jeszcze nie zna.
Najważniejsze nie jest również pytanie, czy brat tragicznie zmarłego prezydenta ma szanse na zajęcie jego miejsca przy Krakowskim Przedmieściu, choć jest z tym zagadnieniem związane. Osobiście skłonny jestem przypuszczać, że pewną szansę na tak klasycznie rozumiane zwycięstwo Jarosław Kaczyński ma. Smoleńska tragedia przyniosła bowiem psychologiczne efekty dające się przełożyć na język idei i polityki. Spowodowała nie tylko mobilizację wiernego zaplecza Prawa i Sprawiedliwości, nie tylko to, że – jak to obrazowo ujął Piotr Zaremba – zwolennicy IV RP podnieśli głowy. Bezmiar dramatu spowodował odruch empatii niemal całego społeczeństwa.
A efektem tej eksplozji empatii, w której miały udział również media, na parę dni cudownie odmienione, było i w jakimś zakresie jest pewne wahnięcie się nastrojów, dopuszczenie do siebie świadomości, że śp. prezydent był obiektem niesprawiedliwości, kłamliwych ataków ze strony obozu rządzącego wspieranego przez większość mediów.
Efekt otwarcia
A dalszym efektem tej zmiany było i jest pewne otwarcie większości społeczeństwa na przekaz braci Kaczyńskich. Społeczeństwo było na ten przekaz otwarte pięć lat temu. Potem w swej większości zamknęło się nań. Dziś otworzyło się znów.
Nie przeceniałbym ani głębokości, ani długotrwałości tego otwarcia. Siły działające przeciw niemu są zbyt potężne, a zepchnięcie obozu IV RP do narożnika mniejszości nie było spowodowane wyłącznie działaniami przeciwników, lecz również błędami tegoż obozu oraz obiektywnymi procesami społeczno-generacyjnymi. Odruch współczucia, nawet poparty półświadomymi wyrzutami sumienia, nie zniweluje tego wszystkiego. A jeśli tylko sondaże pokażą, że Jarosław Kaczyński ma szanse skutecznie zawalczyć z Bronisławem Komorowskim, media porzucą swoją obecną delikatność…
Tym niemniej można założyć, że istnieje grupa, dla której spowodowany smoleńską tragedią efekt otwarcia będzie i silniejszy, i potencjalnie bardziej długotrwały. To grupa byłych wyborców PiS i Lecha Kaczyńskiego z 2005 roku, którzy potem przestali się identyfikować z tą formacją. Dla wielu z nich droga powrotu może być krótsza niż dla przedstawicieli innych grup elektoratu. Właśnie dlatego, że kiedyś już identyfikowali się z braćmi Kaczyńskimi, a więc w sensie programowym są od ich propozycji mniej odlegli niż inni. A jest to grupa spora.
Inną taką grupą mogliby się teoretycznie okazać – paradoksalnie – wyborcy najmłodsi, głosujący pierwszy raz. Paradoksalnie, bo właśnie tę grupę generacyjną niechętne współczesności oblicze PiS antagonizowało najbardziej, bo ta grupa w największym stopniu wrażliwa jest na tworzoną przez media modę kreującą obciachowy wizerunek nielubianych polityków.
A jednak jest to zarazem grupa najbardziej emocjonalna, dla której emocjonalny przekaz ostatnich dni był zapewne najsilniejszy. Być może był to dla wielu z nich najsilniejszy wstrząs emocjonalny w dotychczasowym życiu. A pamiętajmy, że najmłodsi mają jeszcze silniejszą niż starsi tendencję do podejmowania decyzji – w tym wyborczych – pod wpływem emocji.
Jest to też grupa, dla której – właśnie dlatego, że jest najmłodsza – PiS i Kaczyńscy są swego rodzaju abstrakcją. Najmłodsi nie zdążyli więc wejść z nimi w konflikt aż tak zajadły jak ten, który stał się udziałem ich o kilka lat starszych braci i kolegów. Dlatego też wielu spośród nich łatwiej niż starszym byłoby zagłosować na kandydata Prawa i Sprawiedliwości.
A Jarosław Kaczyński może w sposób naturalny kapitalizować ten potencjał współczucia, empatii i otwarcia. Jako brat spoczywającego na Wawelu Lecha. I jako oczywisty lider partii.















