Publicystyka
Pokrętna logika oswajania narkotyków
Narkotyki różnią się od tak chętnie zestawianego z nimi alkoholu. Jedynym celem zażywania narkotyków jest manipulowanie świadomością. Alkohol pije się także ze względu na jego smak – przypomina publicysta
Od pewnego czasu obserwujemy działania zmierzające do zmiany stosunku do narkotyków w naszym kraju. „Specjaliści”, także z zagranicy, na podstawie „naukowych badań” domagają się, by zasadniczym celem kuracji narkomanów nie była abstynencja, podobno utopijna, ale zastąpienie dotąd zażywanych narkotyków innymi, mniej groźnymi w skutkach. Ci sami „specjaliści” oraz opierający się na ich „naukowych” opiniach publicyści żądają przywrócenia bezkarności posiadania narkotyków.
„Gazeta Wyborcza” uczyniła to jednym z haseł swej kampanii pod skądinąd oburzającym tytułem „My, narkopolacy” (myślę, że nie tylko ja nie poczuwam się do tej autoidentyfikacji). W jej trakcie dowiadujemy się, że właściwie od wszystkiego możemy się uzależnić, a w związku z tym nie ma powodu, by akurat uzależnienie od narkotyków uznać za zjawisko wymagające wyjątkowego traktowania. W tę tendencję wpisuje się tekst Jana Smoleńskiego.
Z jakichś powodów ci, którzy uważają, że Polaków (narkopolaków?) trzeba reedukować, uznali, że nadszedł czas na zmianę naszego stosunku do narkotyków. Wszystkie ich działania mają wspólny cel: chodzi o kulturową legitymizację narkotyków, o zdjęcie z nich odium zjawiska z istoty złego, które należy zwalczać wszelkimi dostępnymi sposobami.
Naszym edukatorom chodzi o to, byśmy już nie walczyli z narkotykami jako takimi, ale z ich nadużywaniem, niewłaściwym używaniem itp. – tak samo jak np. w przypadku alkoholu. Powinniśmy więc dołączyć do „postkontrkulturowego” Zachodu, gdzie ten proces trwa od kilku dziesięcioleci, choć – wbrew temu, co się nam wmawia – wciąż nie jest on powszechnie przyjmowany jako oczywistość.
Nie tylko „złota młodzież”
Narkotyki towarzyszą ludzkości od tysiącleci. Do niedawna doświadczenie ich zażywania nie było powszechne. W pierwszej połowie ubiegłego wieku w cywilizacji zachodniej zażywali je członkowie kręgów artystycznych, show-biznesu, „złota młodzież” – zamożna i zaniedbana wychowawczo, subkultury, część środowisk przestępczych. Grupy te miały jedną wspólną cechę: stanowiły znaczną mniejszość społeczeństwa. Zdecydowana większość z narkotykami nie miała nic wspólnego.
Radykalną zmianę wniosła kontrkultura lat 60. Przyniosła ona upowszechnienie narkotyków na nieznaną dotąd skalę.
W Polsce – za sprawą komunistycznego filtra – ten proces był dużo wolniejszy. W latach 70. w przeciętnym warszawskim liceum niełatwo było się zetknąć z narkotykami, choć oczywiście wiadomo było, że niektórzy je zażywają. Do dziś pamiętam, jak w autobusie zobaczyłem długowłosego, zaniedbanego młodego człowieka ze strzykawką w kieszeni koszuli. Widok był wstrząsający – narkoman był uosobieniem powolnej autodestrukcji.
Dziś, po 30 latach, każdy dorastający młody człowiek musi sobie odpowiedzieć nie tylko
– jak my kiedyś – na pytania o papierosy i alkohol, lecz także o narkotyki.
Nie dla smaku, lecz dla efektu
Tymczasem, choć nasi edukatorzy wolą tego nie dostrzegać, narkotyki różnią się od tak chętnie zestawianego z nimi alkoholu. Jedynym celem zażywania narkotyków jest manipulowanie świadomością. Oczywiście duża część pijących czyni to w tym samym celu – dla nabrania odwagi, wesołej zabawy, zapomnienia o smutkach albo – co najtrudniej zrozumieć – upicia się do nieprzytomności.
Naszym edukatorom chodzi o to, byśmy już nie walczyli z narkotykami jako takimi, ale z ich nadużywaniem
Jednak możliwe i często praktykowane jest także picie alkoholu w niewielkich ilościach. Ktoś wypijający kieliszek wina do kolacji albo kufel piwa podczas towarzyskiej rozmowy nie chce zmienić sobie świadomości i jej nie zmienia, nawet jeśli nie może potem prowadzić samochodu. Narkotyki natomiast z założenia zażywa się wyłącznie dla efektu. Nieprzypadkowo jest ich taka mnogość – chodzi o skutek, więc może mu służyć cokolwiek, od marihuany przez kokainę aż po butapren.
Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że kto raz zapali marihuanę, skończy jako nieuleczalny heroinista. Prawdopodobieństwo takiego ponurego obrotu rzeczy rośnie jednak przez samo (auto) przyzwolenie dla narkotyków – jeśli nie zaczniemy łagodnie, trudno sobie wyobrazić, byśmy od razu sięgnęli po środki najmocniejsze. Takie są zresztą wyniki badań.















