Opinie
Bronisław Wildstein: Traktat lizboński – dogmat naszych mędrków
- Większość niemieckich deputowanych za ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego
- Tusk spokojny o ratyfikację traktatu z Lizbony
- PiS blokuje traktat
- Prezes Kaczyński: PiS nie poprze projektu w wersji zaproponowanej przez rząd
- Zabawa zapałkami w stogu siana
- Piotr Semka: Jak Kaczyński stał się eurosceptykiem
- Bitwa o przyjęcie traktatu z Lizbony
Niektóre środowiska w Polsce uważają, że jako niedojrzali i zaściankowi powinniśmy bezrefleksyjnie imitować to, co postanowi obecna europejska większość. Wtedy same wyrosną nam niemieckie autostrady, francuskie elektrownie i londyńskie City – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Można mieć spore wątpliwości, czy traktat lizboński uporządkuje wewnętrzną strukturę Unii Europejskiej i sposób jej działania. Jest to bowiem dokument zbyt obszerny i niespójny, by określić jej fundamentalne zasady. Traktat został zawarty jako efekt kompromisu kilku silnych lobby w łonie konwentu, który przygotowywał projekt konstytucji europejskiej – dziś przetworzony na traktat. Towarzyszy mu obszerny traktat o funkcjonowaniu UE, a uzupełniają liczne protokoły i deklaracje. Zatem, dokument, który miał porządkować prawno-kompetencyjny chaos w Unii, generuje jego kolejną odsłonę.
Sztuczne więzy
Celem traktatu jest pogłębienie integracji UE. Tylko czy model odgórnej, prawniczo-urzędniczej unifikacji Europy jest właściwą metodą do realizacji tego celu?
Stany Zjednoczone są jednym krajem z jednym narodem. Poszczególne stany mają jednak odmienne prawa i jakoś im to w funkcjonowaniu we wspólnym państwie nie przeszkadza.
Natomiast w Unii mnożącej wszelkiego typu regulacje wciąż mamy do czynienia z blokowaniem wspólnego rynku – choćby w dziedzinie pracy, w rolnictwie czy energetyce. I to są realne przeszkody dla tworzenia się – w sposób naturalny – Wspólnoty Europejskiej. Nie pozwalają one na przenikanie się i zawiązywanie relacji oraz interesów indywidualnych i zbiorowych, które budują coraz mocniejsze więzy wewnątrz zbiorowości i nadają jej charakter całości. Zamiast tego od jakiegoś czasu twórcy UE stosują metody inżynierii społecznej, to znaczy odgórnego kształtowania procesów społecznych, w których ludzie są jedynie tworzywem.
Europa zmuszona do skrętu w lewo
Traktat lizboński jest wyposażony w „Deklarację praw podstawowych”, dokument nieomal horrendalny w pomieszaniu rozmaitych porządków i hierarchii znaczeń, ale jednoznacznie wskazujący ideologiczny cel, który przyświecał twórcom projektu konstytucji. Jest to próba ustawowego kształtowania ustroju Europy w kierunku lewicowo-liberalnego systemu, innymi słowy – próba stworzenia z Unii państwa opiekuńczego, które będzie „emancypowało” Europejczyków z ich tradycyjnej kultury.
Nic więc dziwnego, że Anglia zadeklarowała swój sprzeciw wobec zapisów idących zbyt daleko w ograniczeniu wolnego rynku, a Polska zrobiła to samo w odniesieniu do kwestii kulturowych. Jednak każdy, kto poważnie traktuje politykę i demokrację (bez względu na orientację polityczną), powinien zaprotestować przeciw tak drastycznemu ograniczeniu prawa obywateli do wyboru, czyli ograniczeniu demokracji. Prawne rozwiązanie kwestii ustrojowo-politycznych jest zamachem na wolność obywateli. Choć można się pocieszać, że odległość między – wprawdzie nieprecyzyjnymi, ale jednak wskazującymi oczywistą intencję – zapisami a ich politycznym urzeczywistnieniem jest spora, to marsz w tym kierunku już się rozpoczął.
Dowodzi tego zresztą sam sposób przyjęcia traktatu. Projekt konstytucji, odrzucony w referendach we Francji i Holandii, po paru kosmetycznych zabiegach trafił do Lizbony i został tam triumfalnie przyjęty przez rządców obecnej Europy. Opowiadanie przy okazji, że traktat ten ma zaradzić deficytowi demokracji w instytucjach europejskich, trzeba uznać za wisielczy żart.
Można się zgodzić z premierem Donaldem Tuskiem, że poddawanie pod osąd powszechny (czyli referendum) dokumentu, który mało kto jest w stanie przeczytać – a jeszcze mniej zrozumieć – jest pomysłem ekscentrycznym. Ale pokazuje to przede wszystkim ułomność samego – tak przecież ważnego – traktatu. Tego typu akta podstawowe powinny być syntetyczne, jasne i zrozumiałe.
Fetysze postępu
Polsce potrzebna jest Unia Europejska. Egzystując samotnie, wciśnięty między UE (albo Niemcy) a Rosję nasz kraj znalazłby się w fatalnym położeniu. Funkcjonując w Unii, może wpływać na jej kształt i wykorzystywać ją do obrony własnych interesów, jak choćby w wypadku wspólnego występowania w negocjacjach handlowych z Rosją. Kiedy więc wszyscy członkowie Unii podpisują dokument w Lizbonie, to Polsce trudno do nich nie dołączyć. Zwłaszcza że wdrożenie traktatu to długa i usiana rozlicznymi pułapkami droga.















